Jurij Bujda

 

WOJNOWO

 

 

POWRÓT

 

 

Jurij Wasilijewicz Bujda (ur. 1954), współczesny pisarz rosyjski, pochodzący z okregu kaliningradzkiego, absolwent uniwersytetu kaliningradzkiego. Autor powieści Don Domino, Ermo, Borys i Gleb, wielu nowel i opowiadań. Laureat nagrody Apollona Grigorjewa. Mieszka w Moskwie.

 

 

 

- Namalował ją mój dziadek – powiedziała ze smutkiem. – Był rosyjskim prawosławnym niemieckim żołnierzem. Tylko niech pan nikomu nie mówi o tej ikonie. Ona przynosi nieszczęście.

 

- Matka Boska?

 

- Ta Matka Boska miała męża.

 

- Matka Boska?

 

Opowiedziała mi tę historię Jewfimia – zakonnica z klasztoru staroobrzędowców na polskich terenach byłych niemieckich Prus Wschodnich.

 

W latach 1832-34 rosyjscy staroobrzędowcy z Łotwy uciekali przed carskimi prześladowaniami do Prus Wschodnich, gdzie na brzegu jeziora Duś zbudowali wspólnie z Polakami-katolikami wioskę Wojnowo. Dziadek Jewfimii był malarzem ikon. Jego ikony do dziś można znaleźć w zborach na cmentarzach w Rogoży i Preobrażenskoje, a także w zborze griebienszczikowskim. Zakochał się w Polce, Marii; zaczął spotykać się z nią po kryjomu. Powiadają, że była bosko piękna. Kiedy zaszła w ciążę, Joann – tak nazywał się dziadek Jewfimii – został powołany do niemieckiego wojska. We wrześniu 1914 roku ten Rosjanin na polach Tannenbergu-Grunwaldu, gdzie pięćset lat wcześniej zastępy słowiańskie, litewskie i tatarskie rozgromiły niemieckich krzyżaków, ruszył do ataku na żołnierzy armii generała Samsonowa. Pod koniec 1916 roku Joann, ciężko ranny i zdemobilizowany, wrócił do domu. Maria urodziła martwe niemowlę i ze strachem oczekiwała powrotu nieślubnego męża: lekarze powiedzieli, że już nigdy nie będzie miała dzieci. Joann uciekł od rozpaczy: na zawsze rozstał się z kochanką i złożył przysięgę, że namaluje ikonę, która przyniesie mu odpuszczenie wszystkich jego grzechów. Przedstawił na niej Marię – piękna katoliczkę, którą porzucił, i która nigdy nie została matką jego dziecka. Pracował nad ikoną dwadzieścia lat, prawie nie wychodząc z domu i żyjąc o chlebie i wodzie. Maria zginęła na początku wojny, Joann – pod koniec. Zmarł na atak serca. Trzydzieści lat później rząd polski kupił wojnowskie ikony. Właśnie z tych pieniędzy utrzymuje się żeński klasztor. Oczy ikon rozpalały wyobraźnię polskich poetów. Jedyną, której nie sprzedano, była ta, która zachowała się u Jewfimii. Zakonnica trzymała ją w swojej celi, owiniętą w czarną tkaninę. Kiedy zaczęto mówić o sprzedaży, wyciągnęła ją ze skrytki i z przerażeniem ujrzała, że Matka Boska trzyma na rękach niemowlę. Chłopca. Dobrze wiedziała, że dziadek go nie namalował. Owinęła ikonę w czarną tkaninę i do dzisiaj nie rozwija.

 

- Bardzo chciałbym ją zobaczyć – powiedziałem błagalnie.

 

- Nie – ruszyła w stronę zadbanego klasztornego cmentarza. – Pokażę panu grób Marii – położyła palec na ustach. – Tylko nikomu ani słowa. Była katoliczką. Niech pan idzie za mną.

 

Szara płyta, imię, data – i nic więcej.

 

- A co się stanie z ikoną, jeżeli…

        

Zaciąłem się.

        

Jewfimia westchnęła.

        

- Nie wiem. Ale powiem panu, jak Joann ją nazywał. „Piekło miłości”. Uwierzy pan? Naprawdę. Jak mogłabym ją komukolwiek pokazać?

        

Ścisnęło mnie w gardle.

        

Pół godziny później wyjechaliśmy. Dwadzieścia kilometrów dalej zrobiliśmy postój, kupiliśmy w wiejskim sklepie wódkę, wypiliśmy; położyłem się na trawie i zapłakałem: Boże, dobry Boże, Boże miłosierny!..

 

 

 

POWRÓT