Jędrzej Giertych

 

ŚRÓD FILIPONÓW NAD KRUTYNĄ

 

POWRÓT

 

O tem, że jest w Prusach Wschodnich ludność polska, ludność niemiecka i ludność litewska – wie w Polsce każdy. O tem, że są na mierzei Kurońskiej wioski łotewskie, że są w Prusach Wschodnich Żydzi, że są też i dość liczni Hugenoci francuscy, narodowo i językowo już wprawdzie od bardzo dawna zniemczeni, jednak utrzymujący się jako grupa dość odrębna dzięki odrębności wyznaniowej (t.j. przynależności do kościoła „francusko-reformowanego”, kalwińskiego) – o tem wie wielu. Mato kto jednak wie w Polsce o tem, że jest również w Prusach Wschodnich – ludność rosyjska.

 

Nad rzeczką Krutyną na Mazurach Pruskich, między Mikołajkami a Szczytnem, osiedliła się przed zgorą stuleciem garść sekciarzy wielkoruskich, zwanych Filiponami (staroobrzędowców), którzy uszli za granicę przed prześladowaniem swej wiary w swej własnej ojczyźnie. Z czasem, zachęceni ich powodzeniem w nowym kraju, zjawili się za nimi również i osadnicy prawosławni – i tym sposobem wyrosło na mazurskiej ziemi kilka ludnych wsi rosyjskich.

 

Największą i najważniejszą z tych wsi jest Eckertsdorf. Jest w niej klasztor filipoński i dwie cerkwie; filipońska, duża, okazała, murowana, wzorowana na ewangelickich kościołach mazurskich i prawosławna, mała, drewniana i typowo rosyjska. Filiponi są w Eckertsdorfie – i we wsiach okolicznych – w wyraźnej większości. Prawosławni – są garstką dość nikłą.

 

Mimo, że cała kolonja jest już sama przez się bardzo mała, rozdarta jest ona wewnętrznie przez podział wyznaniowy. Prawosławni i Filiponi nie żenią się między sobą, - boczą się na siebie wzajemnie i żyją obok siebie, jak dwa odrębne światy. Łącznikiem między nimi jest tylko wspólny język, odróżniający ich od całego otoczenia, oraz świadomość pochodzenia z Rosji.

 

O osadach rosyjskich nad Krutyną głośno jest na całych Mazurach, w całych Prusach Wschodnich, a nawet w Niemczech. Z całej Rzeszy ciągną tam turyści, oglądać te „russische Dörfer”. Dochód z turystyki poważnie się do zamożności kolonistów przyczynia. Zainteresowanie ogółu niemieckiego dla tych traktowanych jako ciekawostka turystyczna „Russen", sprawiło nawet rzecz dziwną: sprawiło, że ich odrębność narodowa nie jest przez Niemców zwykłym niemieckim systemem prześladowana, lecz jest traktowana życzliwie, a nawet popierana. Niema porów-nania między traktowaniem przez władze i społeczeństwo niemieckie rosyjskości osad filipońskich nad Krutyną, a potskości sąsiednich wiosek mazurskich.

 

Wsie filipońskie już zdala odróżnić można od wiosek mazurskich. Składają się one z chałup budowanych z okrągłych kłód drzewa. (Chałupy mazurskie, o ile nie są murowane, lub zbudowane w „pruski mur”, składają się z bierwion czwórgraniastych, ciosanych.) Tylko cerkiew filipońska, wysoka, ciemno-czerwona, gotycka, wprowadza w błąd: dopóki się nie dojrzy krzyża siedrnioramiennego na jej wieży, myśli się, że to kościół luterski.  Ale cerkiewka prawosławna na drugim końcu wsi, kolorowa i cebulokształtna upewnia wzrok stanowczo, że to nie wioska mazurska.

 

Już przy wejściu do wsi zwraca uwagę wyraz charakterystycznych twarzy starych mężczyzn, brodatych i długowłosych. Tylko młodzież, odziana i ogolona z niemiecka, upodobniła się już do swego otoczenia. Ale i ta młodzież mówi między sobą wyłącznie po rosyjsku.

 

Coprawda – dziwna to ruszczyzna. Germanizmy izwłaszcza – polonizmy tak ją nasyciły, że zdaje się być raczej jakąś mieszaniną językową, niż określonym językiem.

 

- Wot w etoj chałupie, w etom gehöftie na ragú mleka dostanietie – odpowiedziała mi jakaś kobieta na moje zapytanie, zadane w języku rosyjskim.

 

Wioski filipońskie otoczone są jednolitem morzem ludności mazurskiej, to też te wpływy językowe polskie są zupełnie zrozumiałe. Tembardziej, że do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku szkolnictwo ludowe w wioskach filipońkich było polskie, tak jak na całych Mazurach. Starsza generacja Filiponów pamięta jeszcze polską szkołę, ludzie dorośli lecz młodzi znają tylko szkołę niemiecką, a prawosławny odłam generacji najmłodszej również i szkółkę rosyjską. Cerkiew prawosławna, przed wojną obchodząca się bez duchownego, obecnie posiada popa, przysłanego przez organizacje emigrantów rosyjskich. Pop ten uczy dziatwę również i ojczystego języka, to też dzieci mówią tu naogół poprawniej po rosyjsku od swoich rodziców, a na zapytanie, do jakiej szkoły uczęszczają, odpowiadają jednogłośnie, że do dwóch: do niemieckiej i do rosyjskiej. Ten pop – świeży przybysz z opuszczonej przed kilku pokoleniami ojczyzny – jest więc dla Wielkorusów nad Krutyną łącznikiem z rosyjskością.

 

Wszyscy osadnicy z wiosek filipońskich mówią doskonale po polsku, i to nietylko starzy, lecz i najmłodsi. Trudno, nawiasem mówiąc, o lepszy dowód na to, że Mazury Pruskie są nawskroś polskie – i że język polski (którym tu i każdy prawie Niemiec włada) jest główną mową tego kraju.

 

Nawet przez pryzmat obcego światka, jakim są wioski filipońskie, ukazuje się nam niespożyta i tęga – polskość Mazowsza Pruskiego.

 

POWRÓT

 

Źródło: J. Giertych, Śród filiponów nad Krutyną, w: Za północnym kordonem (Prusy Wschodnie), Warszawa 1933, s. 109-112 (ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie)