EUGENIUSZ IWANIEC

 

PAMIĘTNIK ANTONINY KONDRATJEWEJ (1914-1916). PRZYCZYNEK DO DZIEJÓW ŻEŃSKIEGO KLASZTORU STAROOBRZĘDOWEGO W WOJNOWIE NA MAZURACH

 

POWRÓT

 

Dzieje klasztorów staroobrzędowych na Mazurach należą do najmniej zbadanych. Do tej pory nie ukazała się jakaś większa praca, która by ujmowała całość tego zagadnienia. Wprawdzie dużo wiadomości można znaleźć w różnych opracowaniach i czasopismach, dotyczących historii i kultury staroobrzędowców w Polsce, ale są to informacje nie wystarczające do pełnego zrozumienia ich historii i specyfiki życia zakonnego[1]. Ponadto większość tych informacji dotyczy głównie historii męskiego klasztoru staroobrzędowców-fiedosiejewców działających w latach 1847-1884 w Wojnowie k. Rucianego-Nidy[2]. Natomiast mniej uwagi literatura przedmiotu poświęca działającym tu, w różnych okresach, żeńskim klasztorom staroobrzędowym. Występuje niemal zupełny brak informacji o działalności takich klasztorów w Pupach (Spychowo), Onufryjewie i na Majdanie. Nieco więcej wiadomości można znaleźć o żeńskim klasztorze Zbawiciela i Świętej Trójcy („Spas-Troickij Monastyr’”) istniejącym do niedawna w Wojnowie, a stanowiącym przedmiot naszych zainteresowań[3]. Dotychczasowa wiedza o nim jest fragmentaryczna z powodu braku źródeł, a zbierane w terenie informacje okazują się niepełne i częściowo sprzeczne. Niniejsza praca nie pretenduje do pełnego i wyczerpującego ujęcia zagadnienia, stanowi jedynie przyczynek do głębszego zrozumienia historii tego klasztoru. W dotychczasowych badaniach natrafiamy na poważne trudności i każdy nowy dokument traktujemy jako swego rodzaju rewelację. Nie należy zapominać, że same zakonnice niechętnie udzielały jakichkolwiek informacji o życiu klasztornym, traktując ujawnienie szczegółów ze swego życia jako grzech.

 

Żeński klasztor staroobrzędowy Zbawiciela i Świętej Trójcy, wspólnoty fiedosiejewskiej, został założony w Wojnowie pod koniec XIX w. Jego organizatorką była Anastasija Sokołowa (zm. 1904), przełożona niewielkiego klasztoru na Majdanie w pobliżu Wojnowa, gdzie głównym zajęciem mniszek było nauczanie dzieci staroobrzędowców z pobliskich wsi podstawowych zasad wiary. W klasztor ten uderzył piorun i cały dobytek spłonął. Zdołano uratować tylko najważniejsze przedmioty kultu religijnego. Energiczna przeorysza postanowiła sprzedać ziemię na Majdanie, odkupić cały majątek po dawnym klasztorze męskim w Wojnowie od staroobrzędowca Uljana Słowikowa (1847- ok. 1923) i zorganizować tu nowy klasztor żeński. Brakowało jej jednak na ten cel środków finansowych. Udała się więc do Rosji, do zamożnych kupców i fabrykantów staroobrzędowych, z którymi nawiązała kontakt jeszcze wtedy, gdy w wojnowskim klasztorze byli zakonnicy[4]. W Rosji nie odmówiono Sokołowej pomocy, tym bardziej, gdy dowiedziano się, że na Mazurach znaczne sukcesy zaczynają odnosić jednowiercy[5]. Ponadto przysłano tu nowicjuszkę Olgę Jelenę Dikopolską (1862-1943)[6], która po zapoznaniu się z miejscowymi warunkami postanowiła sprowadzić swoją matkę Tatjanę. Wkrótce potem matka przybrała tu imię Taisija (1835-1918), a córka Jewpraksija (Apraksija). Taisija pod koniec swych lat prowadziła pokutniczy tryb życia, nie wychodziła z celi przylegającej tuż do molenny. Według krążących pogłosek pochodziła z rodziny kupieckiej, była żoną urzędnika bankowego – zamordowanego, gdy miał w kieszeni tylko trzy ruble. Dikopolska nie wyszła po raz drugi za mąż i być może dopatrywała się w sobie jakiejś winy z powodu śmierci męża, tak że postanowiła, wraz z córką, dalszą część życia spędzić w klasztorze. Trudno dziś ustalić, skąd Dikopolskie posiadały dość pokaźną sumę pieniędzy.

 

Czy były to ich własne kapitały, czy - co jest bardziej prawdopodobne - pieniądze ze słynnego ośrodka staroobrzędowego w Moskwie, zwanego Cmentarzem Prieobrażeńskim, utrzymywanego przez bogate mieszczaństwo staroobrzędowe[7]? Kto sfinansował zakup majątku, trudno dziś stwierdzić z powodu braku dostępnych dokumentów. Z przekazów ustnych wynika, iż w transakcji tej partycypowała A. Sokołowa. Udział finansowy Dikopolskich nie ulega chyba wątpliwości, skoro pod koniec życia Sokołowa przepisała całą własność klasztoru wojnowskiego na Olgę-Jelenę Dikopolską. Według Frantza Tetznera (1863-1919) wartość wojnowskiego klasztoru była niebagatelna i wynosiła 40 tys. marek[8]. Sokołowa w swym zapisie uwzględniła również pewne sumy dla dwóch swoich siostrzenic - sierot, Iriny i Jewdokii. Nigdy jednak nie był on wykonany, gdyż stosowny dokument podstępnie im zabrano[9].

 

Zdaniem Siergieja Wróbla (1898-1981) z Ukty zapis okazał się trafny. Dikopolska miała liczne znajomości i kontakty z różnymi ośrodkami staroobrzędowymi, którym zależało na utrzymaniu starej wiary poza granicami carskiego imperium. Do Wojnowa zaczęto wysyłać nie tylko pieniądze, ale również odzież i żywność, niekiedy całymi wagonami. Przeorysza poczęła więc obdarowywać okoliczną ludność staroobrzędową, często cierpiącą biedę, co wzmogło jeszcze bardziej zainteresowanie klasztorem. Wreszcie korzystając z wprowadzonego w 1905 r. ukazu tolerancyjnego sama zaczęła werbować kandydatki do stanu zakonnego z terenu Rosji. Były to przeważnie ubogie sieroty, nierzadko jeszcze dzieci. Udało się też zwerbować dwie dziewczyny - córki bogatego kupca z Kazania, który ponoć jednej z nich kupił żyrandol - świecznik (3,5 metra wysoki), wykonany z polerowanego srebra i ozdobiony błękitną emalią, drugiej zaś podarował cztery dzwony odlane w Jarosławiu oraz wybudował domek[10]. To bogate uposażenie wniosły do klasztoru jako swego rodzaju wiano. Szczególnie obfite dary popłynęły do Wojnowa po 1908 r., kiedy to w Moskwie zwołano I Ogólnorosyjski Zjazd Chrześcijan Staroprawosławnego - Katolickiego Wyznania i Bogobojności Staropomorskiej Wspólnoty (dawniej wspólnoty fiedosiejewskiej). W zjeździe aktywny wziął udział mnich Kiprijan, pełniący w klasztorze wojnowskim funkcję ojca duchownego[11]. Dzięki niemu żeński klasztor w Wojnowie stał się znany wśród tej wspólnoty staroobrzędowej na terenie rozległego imperium rosyjskiego.

 

Według Jeleny Szczerbakowskiej (ur. 1903), z domu Rogoziny ze Swignajna, ostatniej z żyjących na Mazurach zwerbowanej do klasztoru sieroty, przełożona Jewpraksija starała się je wychowywać bardzo surowo. Rano, gdzieś około godziny siódmej, dziewczynki budzono i po oporządzeniu się wołano na modlitwę, po której kolejno podchodziły do przełożonej po błogosławieństwo. Następnie na dwie godziny siadano do nauki i dopiero po ponownej modlitwie spożywano śniadanie. Każde przewinienie dziewcząt było karane. Przełożona osobiście karciła za uśmiech, bieganie po korytarzach, opowiadanie bajek, śpiewanie pieśni świeckich. Gdy któraś z dziewcząt zająknęła się przy czytaniu tekstów religijnych, musiała tyle razy czytać tekst, ile razy zająknęła się. Jedyny wyjątek przełożona domu czyniła dla Lidii Polenz, kalekiej dziewczyny, podrzuconej w wieku niemowlęcym do wrót klasztoru. Niekiedy ukarane dziewczęta musiały modlić się w czasie obiadu - bić 17 pokłonów („takuju akafiju“). Wszystkie też pracowały na roli i w gospodarstwie domowym. W wolnych chwilach nie mogły wyjść samowolnie poza teren klasztoru - musiały mieć zezwolenie, błogosławieństwo przeoryszy i towarzystwo starszej zakonnicy. Nic też dziwnego, że niektóre z nich szalenie tęskniły za babcią czy dziadkiem[12] i przy lada sposobności wracały z powrotem do Rosji lub wychodziły za mąż za okolicznych staroobrzędowców. A te, które były „prizwany Bogom“, tj. uzyskały powołanie, w młodym wieku składały śluby zakonne.

 

Ceremoniał związany z inicjacją klasztorną udało się zrekonstruować. Kandydatkę rozbierano, oblekano w długą białą koszulę, po czym nakazywano jej stać u drzwi molenny jak zwykłej „miriance“ (osobie świeckiej). Całe zgromadzenie sióstr i nowicjuszek zaczynało śpiewać kanony. Po każdym z nich kandydatka przesuwała się nieco do przodu, tak aż do dziewiątego. Później wprowadzano ją na „kliros“ (miejsce dla chóru) i tu 12 zakonnic strzygło jej włosy aż do gołej skóry. Włosy następnie związywano i wkładano do trumny nieboszczyka. Gdy takiego akurat nie było, włosy kładziono pod „raspiatijem“ (krucyfiksem) i czekano na najbliższy obrzęd grzebalny. Finałem ceremoniału było nałożenie szat zakonnych[13].

 

Oprócz kobiet w klasztorze znajdowali się starcy, wykonujący różne czynności gospodarcze, oraz nastawnicy. Pierwszym z nastawników był Stiepan Łaptiew, sprowadzony tu jeszcze za życia Sokołowej. W Wojnowie złożył śluby zakonne, podczas których nadano mu imię o. Siergij. Po jego śmierci z Rosji sprowadzono następnych nastawników - o. Kiprijana i o. Makarija. Miejsce Siergija zajął Kiprijan, odgrywając tu z czasem dość znaczną rolę. Makarij pomagał mu (był człowiekiem bardzo bogatym). Tuż przed wybuchem I wojny światowej ojcowie wyjechali i zakonnice pozostały bez nastawnika. Według informatorów ostatnim nastawnikiem był niejaki Gordiejew, w wieku około 60 lat, bardzo chorowity. Skąd przybył, nie wiadomo. Swoją funkcję pełnił bardzo krótko, gdyż wkrótce zmarł[14].

 

Współżycie między nastawnikami a mniszkami nie zawsze układało się pomyślnie, niekiedy dochodziło do zatargów, co w rezultacie kończyło się opuszczeniem przez nastawników, na jakiś okres lub całkowicie, klasztoru.

 

W swoim życiu klasztor kierował się podstawowymi zasadami wiary wspólnoty fiedosiejewskiej (inaczej staropomorskiej). Zgodnie z tymi zasadami antychryst zjawił się już na świecie i panuje wszędzie, szczególnie w Kościele prawosławnym w Rosji, który jakoby wierzy w niego i służy mu jako swemu zwierzchnikowi. Zniszczył on prawdziwą wiarę i bogobojność, i hierarchię kościelną, zbezcześcił także sakramenty. W tej sytuacji członkowie wspólnoty z konieczności godzili się żyć bez duchowieństwa do niedalekiej już - zdaniem ich - chwili sądu ostatecznego. W związku z tym propagowali czystość i kategorycznie odrzucali zawieranie związków małżeńskich. Zadawalali się jedynie sakramentem chrztu i spowiedzi, których mogła udzielać i osoba świecka[15]. Tak więc kapłana zastępował u nich nastawnik[16] (tylko w wyjątkowych przypadkach, gdy nie było nastawnika, funkcję tę pełniła przełożona). Odprawiał on nabożeństwa w cerkwi, zwanej na Mazurach molenną, w której brak było ołtarza. Cerkiew była jednak wyposażona w ikonostas ze starych ikon i krucyfiksów, gęsto oświetlany woskowymi świecami. W trakcie odprawiania modłów opuszczano te partie nabożeństwa, które normalnie winien był wygłaszać ksiądz prawosławny.

 

Dynamiczny rozwój klasztoru został przerwany z chwilą wybuchu I wojny światowej. Szczególnie boleśnie dotknął on zakonnice. Już w pierwszych dniach września 1914 r. okoliczne wsie zostały obsadzone przez oddziały wojskowe, dowodzone przez płka Schellwitza, które przez pewien czas tu biwakowały. Żołnierze, przybyli tu z centralnych Niemiec, niezbyt życzliwie odnosili się do mniszek[17]. Większość z nich internowano i wywieziono do Cynt (Zinten, obecnie Korniewo) pod Królewcem. Po wywiezieniu ich wojsko doszczętnie rozgrabiło dobytek klasztorny. Rekwirowano wszystko: zboże, uprząż, bydło, konie, miód a nawet odzież (od 15 do 20 furmanek obracało kilkakrotnie). Okoliczni staroobrzędowcy byli zmuszani do brania w tym udziału. Pozostawiono jedynie przedmioty kultu religijnego, chociaż je bezczeszczono. Dość zamożny i normalnie funkcjonujący klasztor popadł w ubóstwo i materialną ruinę.

 

Po zakończeniu działań wojennych wielu staroobrzędowców odczuwało znaczne trudności gospodarcze. W rezultacie wiele gospodarstw podupadło. Na ten czas przypada również trudny okres dla odbudowującego się klasztoru. W roku 1925 liczył zaledwie 12 zakonnic i tyleż nowicjuszek. Na domiar złego, w okresie kryzysu ekonomicznego w Europie, zimą 1928/1929 r. na skutek mrozów zniszczało większość drzew owocowych, co szczególnie dotkliwie odczuły zakonnice, bowiem owoce stanowiły jeden z najważniejszych artykułów żywnościowych[18].

 

Po powrocie z Cynt internowanych mieszkanek klasztoru ich siedziba przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Z dobytku zastały w klasztorze jedynie starego konia. Wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Dary z Rosji ustały. Poradzono więc przełożonej, by zebrała naocznych świadków rekwizycji i przy ich pomocy ustaliła wielkość mienia straconego w czasie wojny oraz wystąpiła do władz o stosowne odszkodowanie. Świadkowie potwierdzili roszczenia klasztoru i władze przyznały pewne odszkodowanie. Musiała to być dość pokaźna kwota, gdyż zaraz potem przełożona nabyła potrzebną liczbę koni i bydła oraz różnego rodzaju sprzęt, potrzebny do prowadzenia gospodarstwa. Nie ulega wątpliwości, że mimo wszystko była to tylko częściowa rekompensata za zniszczone i rozgrabione mienie z okresu wojny.

 

Podczas II wojny światowej mniszki nie były prześladowane, ale bacznie je obserwowano, wręcz szpiegowano, podobnie jak i całą okoliczną staroobrzędową ludność. Zastosowano także restrykcję gospodarczą, polegającą na pozbawieniu sióstr możliwości połowu ryb w przylegającym do klasztoru jeziorze. Była to restrykcja także moralna, gdyż reguła zakonna zabraniała spożywania mięsa zwierzęcego. Ryby stanowiły przeto jeden z głównych produktów żywnościowych.

 

Według Siergieja Wróbla z Ukty przełożona Jewpraksija Dikopolska była zacną i mądrą kobietą. Nieustannie dręczyła ją jednak myśl, komu zapisać klasztor na wypadek swojej śmierci. Według jej mniemania nikt nie odpowiadał stawianym wymaganiom. Ostatecznie, 29 I 1937, zdecydowała się uczynić zapis na rzecz Antoniny Kondratjewej (1890-1972) i - częściowo - Heleny Lidii Polentz, bo takiej procedury wymagały przepisy prawa pruskiego. Klasztor traktowano jako własność prywatną, na wzór majątku ziemskiego, a nie klasztorną lub kościelną.

 

Zdaniem Wiktora Jakubowskiego (1896-1972) w 1928 r. Dikopolska przekazała Antoninie Kondratjewej godność przełożonej, sama zaś zajęła się wyłącznie sprawami religijnymi[19]. Zmiana na stanowisku przełożonej nie wpłynęła bynajmniej na zmianę jakichkolwiek dotychczas uznawanych zasad wiary, klasztor nadal unikał kontaktów religijnych z osobami pozostającymi w stanie małżeńskim (nie modlili się wspólnie, nie jedli z tego samego naczynia). W rezultacie działalność klasztoru ograniczała się do nauczania dziewcząt z okolicznych domów elementarnych zasad wiary oraz werbowania do klasztoru młodych starowierek - często bez ich własnej woli, ale za przyzwoleniem z reguły biednych rodziców. Wiele tych dziewcząt marzyło przecież o wyjściu za mąż. Święcenia zakonne w młodym wieku przyjmowały tylko te dziewczyny, które przybyły z Rosji. Inne pozostawały bez święceń, czekając odpowiedniej okazji na opuszczenie klasztoru, ponieważ nierzadko traktowano je jak wyrobnice.

 

Z tych też przyczyn klasztor stronił od bezpośredniego udziału w życiu religijno-społecznym wojnowskiej kolonii staroobrzędowej. Nie widzimy również jego zaangażowania w czasie jubileuszu 100-lecia Wojnowa, obchodzonego uroczyście w 1930 r. Brak też przedstawicieli klasztoru na II Ogólnopolskim Zjeździe Staroobrzędowców w Wilnie w tymże roku. Na zjeździe tym staroobrzędowcy z Wojnowa podporządkowali gminę staroobrzędowców na Mazurach zarządzeniom Rady Naczelnej Wschodniego Kościoła Staroobrzędowego, nie posiadającego hierarchii duchownej w Polsce[20].

 

Klasztor nie może też poszczycić się jakąś poważniejszą działalnością społeczną tak potrzebną w codziennym życiu współwyznawców. Lukę tę skrzętnie wykorzystywała administracja niemiecka, przyciągając młodzież staroobrzędową na wszelkiego rodzaju kursy z zakresu gospodarstwa domowego.

 

W czasach hitlerowskich na wyraźne życzenie miejscowego landrata, zakonnice musiały oprowadzać po klasztorze niemieckich turystów, co zmusiło je do pobierania pewnych opłat. Opłat tych nie pobierano jedynie od okolicznych Mazurów. Wywołało to oczywiście oburzenie władz i nawet oficjalną skargę, złożoną 3 VI 1936 r. u władz NSDAP w Mrągowie[21]. Jaka odpowiedź nadeszła, nie wiemy. Emilia Sukertowa- Biedrawina (1887-1970) uważa, że musiała być w tym prawda, skoro w jednej z książek niemieckich znalazła się uwaga, iż turystom niemieckim przebywającym w Wojnowie zakonnce kazały płacić za to, „że pozwolono im zajrzeć przez otwór w drzwiach - judasza - do celi, gdzie szyły na maszynach“[22].

 

W pamięci miejscowej ludności staroobrzędowej przeorysza Antonina Kondratjewa nie zapisała się najlepszymi wspomnieniami. Zarzucano jej wątłe kontakty z współwyznawcami, zbytnią poufałość z przedstawicielami miejscowej władzy. Szczególnie nieprzychylnie patrzono na jej kontakty z niejakim Karlem Dudą, zniemczonym Mazurem, który poległ w kampanii wrześniowej 1939 r. walcząc po stronie niemieckiej.

 

Zupełnie inaczej odnoszono się do wizyt staroobrzędowców z ośrodków zagranicznych. Podejmowano ich wylewnie, wykazując duże zainteresowame ruchem staroobrzędowym na świecie. Szczególną sympatią klasztoru cieszył się jeden z najbardziej wykształconych i znanych na świecie (niedawno zmarły w Rydze) staroobrzędowiec Iwan Zawołoko (1897-1984). Odwiedzał on klasztor wojnowski dwukrotnie, w 1932 i 1936 r., utrzymując z nim ciągły kontakt[23].

 

W równie gościnny sposób przyjęto Melchiora Wańkowicza (1892-1974). Jak wiemy, z wyprawy na Mazury powstała głośna książka Na tropach Smętka, nieprzychylnie przyjęta przez tych staroobrzędowców i jednowierców, którzy ją przeczytali dopiero po wojnie[24].

 

W czasach wojny Antonina Kondratjewa zachowała nadzwyczajną ostrożność, czego dowodzi korespondencja z rosyjską kolonią w Królewcu. Na listy pisane po rosyjsku odpowiadała po niemiecku[25] . Gdy front zbliżał się do Wojnowa, mniszki bardzo obawiały się uciekających Niemców, stale powtarzając, że „może je Bóg uchroni“. Działania wojenne ominęły klasztor.

 

Dnia 27 I 1945 r. wojska radzieckie weszły do Wojnowa. Mniszki nie opuściły klasztoru. Nie zaznały przykrości od żołnierzy radzieckich. Tylko jeden raz próbowano dokonać rekwizycji, lecz na skutek interwencji przeoryszy u wyższego oficera radzieckiego zaniechano jej. Największe kłopoty zakonnicom sprawiali zabłąkani żołnierze i dezerterzy, którzy chcieli tu znaleźć schronienie, oraz szabrownicy.

 

Po wojnie staroobrzędowcy uzyskali takie same prawa, jak i inni obywatele Polski Ludowej. Władze bardzo życzliwie ustosunkowały się do mniszek, chociaż klasztor oficjalnie nadal był traktowany jedynie jako gospodarstwo rolno-hodowlane. Dnia 30 I 1959 r. w klasztorze po raz pierwszy, od początku jego istnienia, zabłysło światło elektryczne. Klasztor zelektryfikowano z inicjatywy miejscowego koła Rosyjskiego Towarzystwa Kulturalno-Oświatowego i Wydziału Rolnego Wojewódzkiej Rady Narodowej w Olsztynie[26]. Pewną rolę w tym przedsięwzięciu odegrała była nowicjuszka klasztoru Anastasija Makarowska (19071981), przewodnicząca wspomnianego Towarzystwa.

 

Mimo nieskrępowanej swobody klasztor nie rozwinął żadnej poważniejszej działalności i nieuchronnie chylił się ku upadkowi. Ściągał jedynie ciekawych turystów, traktujących klasztor jako swoistą osobliwość. Nadal pozostawał, w pewnym sensie, rezerwatem odchodzącej przeszłości „nieskażonej starej wiary“. W nowej rzeczywistości - zróżnicowanych narodowościowo warunkach społecznych i niełatwej sytuacji politycznej - przed klasztorem stanęły trudności nie do pokonania. Nie starczyło już sił i nie było komu integrować resztek staroobrzędowych wyznawców. Klasztor nie był w stanie, bo już nie mógł pozyskać nowych kandydatek, a młode dziewczęta nie garnęły się do stanu zakonnego. W roku 1959 liczył zaledwie 7 mniszek i nowicjuszek. Starsze wiekiem mniszki opanowywało coraz bardziej przeświadczenie o zapanowaniu nad światem Antychrysta. Ich eschatologiczne wyobrażenia potęgowały nadchodzące wiadomości o bombie atomowej czy wodorowej oraz tu i ówdzie wybuchające konflikty wojenne. Toteż w rozmowie z Wiktorem Jakubowskim w 1959 r. z rezygnacją stwierdzały, że gdy umrze ostatnia z zakonnic, klasztor zostanie przekształcony w muzeum[27]. Natomiast w 1964 r. przełożona Antonina Kondratjewa w rozmowie z autorem niniejszego artykułu stwierdziła, iż najlepiej byłoby, idąc za przykładem pierwszych przywódców staroobrzędowych, spalić się razem z całym klasztorom, aby nie bezcześciły go niewierne ręce. Nic też dziwnego, że w czasie remontu mołenny zakonnice nie pozwalały konserwatorom dotykać ikon, mimo że chcieli je na koszt państwa oczyścić i zabezpieczyć przed robactwem. W rezultacie takiego stanowiska doszło do konfliktu z władzami wojewódzkimi, które ikony uznały za dobro narodowe.

 

Antonina Kondratjewa zmarła 24 VII 1972 r. i pochowana została na przyklasztornym cmentarzu. Przed śmiercią powierzyła funkcje przeoryczy Praskowii Wawiłowej (1898-1978), ostatniej mniszce wojnowskiego klasztoru, ostatniej, która przybyła z Rosji[28]. Z jej śmiercią (15 I 1978) kończą się dramatyczne dzieje klasztoru.

 

Czy będzie na Mazurach ślad materialny po staroobrzędowcach w postaci skromnego muzeum? Na to pytanie trzeba będzie w najbliższym czasie odpowiedzieć.

 

Wobec braku źródeł i trudności w uzyskaniu informacji do historii klasztoru prezentujemy „notatnik“, który stanowi dość istotny przyczynek do jego dziejów. Daje nam prawdziwy obraz sytuacji, jaka zapanowała w klasztorze w momencie wybuchu I wojny światowej. Ukazuje stosunek miejscowych władz policyjnych i wojska do zakonnic i innych mieszkańców klasztoru oraz ich mienia. Pokazuje, jak wielkim wstrząsem były wydarzenia wojenne, które przypadły na największy rozkwit klasztoru. Liczył on wówczas 65 mieszkańców - zakonnic, nowicjuszek, starców i kalek oraz służby i sierot (tych ostatnich było 14, w tym 6 z Rosji). Wszyscy mieszkańcy klasztoru byli narodowości rosyjskiej. Większość to przybysze z Rosji, natomiast część urodziła się już na Mazurach. Nie wszyscy jednak posiadali obywatelstwo pruskie. Należy przypuszczać, że co najmniej połowa mieszkańców klasztoru w momencie wybuchu I wojny światowej posiadała obywatelstwo rosyjskie. Zdaniem Wiktora Jakubowskiego po wybuchu wojny policja od razu aresztowała kilka zakonnic i odstawiła je do Olsztyna, ale po upływie dwóch tygodni zostały zwolnione[29].

 

Notatnik pisany jest pomiędzy 19-20 VII 1914 r. a końcem 1916 r.[30] Znamienna jest przerwa w początkowej części, obejmująca zaledwie kilka dni, tj. do 23 lipca. Należy przypuszczać, że był to czas pierwszych restrykcji wobec mniszek.

 

Kolejny zapis nosi datę 12 I 1915 r. i dotyczy już internowania tych mieszkańców klasztoru, którzy zostali uznani za obywateli rosyjskich. Jest to grupa licząca 17 osób, wśród nich także nieletni[31].

 

W zapiskach odnajdujemy szczegóły internowania zakonnic do Cynt pod Królewcem, gdzie umieszczono je w dużym pensjonacie „Waldschloss“. Traktowano je zgodnie z obowiązującym prawem wojennym, ale dość łagodnie. Po kilku miesiącach zwolniono je, ponoć po interwencji u następcy tronu pruskiego i Hindenburga, bawiących przejaziem w Wojnowie[32].

 

Pamiętnik jest cennym źródłem poznania obowiązującej reguły zakonu, sposobu odprawiania nabożeństw w warunkach polowych. Ponadto pozwała odtworzyć stan duchowy internowanych, troskę o losy opuszczonego klasztoru i o pozostałe tam współwyznawczynie oraz obawy o przyszłość. Notatnik zawiera także wiele cennych informacji ze środowiska pruskiego, zachłystującego się sukcesami wojennymi, widzianego oczyma młodziutkiej zakonnicy.

 

O wczesnej młodości autorki zachowało się niewiele wiadomości. Wiemy tylko, że miała na imię Natalia. Urodziła się 10 VI 1890 r. w Kazanach jako córka Iwana i Fiewronii z domu Własow. Do Wojnowa przybyła za namową Olgi-Jeleny Dikopolskiej z Aleksiejewska nad Wołgą. Płynęła po Wołdze tym samym statkiem, co brat, i „gdyby ją ponoć zobaczył, nie puściłby jej na pewno do Prus, ani na tę wiarę“[33], bowiem pochodziła z rodziny prawosławnej. Śluby zakonne przyjęła bardzo wcześnie - w siedemnastym roku życia, przybierając imię zakonne Antonina, które przeszło potem do dowodu tożsamości. Była energiczna, umiała pisać, była nieco oczytana w literaturze religijnej, wyróżniała się niezwykłą urodą. W szybkim czasie - dzięki zdolnościom organizatorskim, pochlebstwom i przypodobaniu przełożonej - została ekonomem klasztoru, a z biegiem czasu przełożoną. Prowadząc notatnik z okresu I wojny światowej stała się niejako kronikarzem klasztoru.

 

Charakter pisma jej notatnika zdradza osobę o niezbyt wysokim poziomie wykształcenia. Świadczą o tym zarówno błędy czy wręcz nieporadności ortograficzne, jak też zniekształcenia niektórych wyrazów wynikłe z niedostatecznej erudycji. Do najważniejszych odstępstw od obowiązujących zasad ortograficznych należy zaliczyć: niekonsekwentne stawianie twardego znaku na końcu wyrazu po spółgłoskach (в шкафахъ, стариковъ, передъ, ale пастух, двор, хотел), brak znaku miękkiego po niektórych spółgłoskach w środku wyrazu przed spółgłoską (палто, тюрма, писмо), niestawianie znaku miękkiego w bezokolicznikach (прриказали явится, одется, собрались обедат), pisanie „о“ zamiast „ё“ w czasownikach (пошолъ, отошолъ, шолъ), pisanie przyimków łącznie z zaimkami i innymi częściami mowy (унасъ, вочто, вопервых), pisanie rozdzielnie przedrostków (за вопила, пере трясли, от переть, по зади), pisanie imion własnych małą literą (никола, рутяное, на войнови, варшавой), pisanie dużą literą niektórych rzeczowników (Пекарня, Мышки, Матушка, Публика, Май), chociaż występują tu częste wahania, błędna pisownia poszczególnych wyrazów (мущины, второва, немци, субота, рускихъ, нашыхъ).

 

Ponadto znaki interpunkcyjne stawiane są przypadkowo, a nowe zdania rozpoczynane przeważnie małą literą. Bardzo często nie przenosi poszczególnych słów, lecz je ucina. Cechą charakterystyczną warstwy językowej notatnika jest również dość częste tzw. akanie (грамадный, падъ, атуда, вечерамъ, Альштын, расiйскихъ).

 

Błędy gramatyczne to przede wszystkim użycie przestarzałej formy imiesłowu (по искавши, проводивши, не евши, быв) i niewłaściwej formy miejscownika z przyimkiem „na“ i „w“ (на парадным, в рутяным, въ Цынтыхъ).

 

Leksyka notatnika jest dość różnoraka. Obok cerkiewno-słowianizmów, z którymi autorka stykała się na co dzień w czasie praktyk religijnych i nabożeństw (уста, славословiе, отверзать), bardzo licznie występują naleciałości gwarowe i zdrobnienia ludowe (пленнички, сиротки, вокны, гэтоть, отмолются, захворать, исть, ужиныть). Występują również polonizmy przyswojone przez autorkę z gwary mazurskiej (по обеде, важить, халупы, гура, шпег), którą doskonale znały zakonnice nowicjuszki, urodzone na Mazurach. Od nich też, wydaje się, autorka przyswoiła sobie niektóre germanizmy (банофъ, пугъ, гутенъ такъ, лендъ, ваха, шлес). Ponadto błędnie używa niektórych zwrotów językowych (шляхта Прус - tu: bitwa pruska). Pomimo tych mankamentów tekst, ogólnie biorąc, jest dość czytelny i interesujący.

 

 

PAMIĘTNIK ANTONINY KONDRATJEWEJ[34] [35]

 

1914 roku

 

19 na 20 lipca. Rozpoczęła się wojna i o godzinie 12 w nocy przyszedł do nas żandarm z 50 ludźmi, świadkami. Szukali u nas szpiegów w szafach, w celach, pod łóżkami, w chlewach, w piwnicach, rozkopywali ziemię. Uganiali się z karabinami, z pałkami i drągami, a my dopiero wstawałyśmy na jutrznię. Przestraszone   poczęłyśmy   odprawiać nabożeństwo błagalne do Św. Krzyża i św. Nikoły[36]. Ukończywszy poszukiwania ruszyli w swoją stronę, a my pozostałyśmy w oczekiwaniu na ich odwiedziny w przyszłości.

Z dwudziestego na dwudziesty pierwszy nocował u nas Lifierij[37]. Siedziałyśmy z Leonidą na straży w ganku frontowym do godziny 12 w nocy. Oczekiwaliśmy znów alarmu, ale zamiast tego przyszła pasterka i zaczęła lamentować, bo umarł im Aleksiej[38]. Poszłyśmy po Jakowa[39]. Gdy zrównałyśmy się z sadzawką, nagle dziwnie zakumkały wszystkie żaby naraz.

 

21. W południe przyszło 4 żołnierzy. Znów szukali i rozkopywali ziemię, a nas wszystkie postawili na baczność. Rozkazali w 5 minut zebrać się wszystkim obecnym na jednym miejscu. Mateczkę Taisję zaprowadzili do wejścia frontowego, wszystkie pozostałe cały czas musiały stać przy pompie, niektóre z przestrachu zemdlały. O godzinie 4 po obiedzie Gromek przyjechał po owies[40].

 

22. Grzebaliśmy Aleksieja. Wieczorem w czasie nieszporów przyjechał Kunc[41], w trójkę i znowu wszystko przetrząsnęli. Zażądali naszych starców. Jakowowi związali ręce i wyprowadzili z dziedzińca. Wszyscy płakali i oczekiwali tego samego. I mówili nam wioskowi, że grozili, iż nas wszystkich powystrzelają, a klasztor wysadzą w powietrze. Odprowadziwszy Jakowa usiedliśmy do kolacji, ale jeść nikt nie mógł. Mateczka[42]  siedziała  i  lamentowała: „Powieczerzmy, panienki, razem ostatni raz“. Przeczuwała, jak gdyby wiedziała. O 10 z łomotem zastukano do bramy. Poznałyśmy, że to żołnierze, od razu przypuszczając, że przyjechali po mateczkę. Wszystkim zamąciło się w głowach, zaczęłyśmy płakać i żegnać się z mateczką. Ale żołnierze, którzy przyszli zaczęli nas uspokajać. Powiedzieli. „Nie ma strachu, wam wcale nic nie będzie“. Wtedy rozeszłyśmy się do cel. Po 10 minutach znowu dała się słyszeć wrzawa i tupot kompanii żołnierzy. Weszło na dziedziniec około 50 ludzi z latarniami i obnażonymi szablami. Rozkazali otworzyć wszystkie bramy, drzwi, szafy, a nam zejść do jednej celi. Byłyśmy pod strażą, dopóki nie obszukali wszystkich naszych pomieszczeń. Potem rozkazali nam ubrać się i jechać do Rucianego, a rano obiecali puścić do domu. Przygotowali 4 furmanki. Wszystkie nasze mateczki i panienki powsiadały i odjechały do Rucianego pod eskortą żołnierzy. Działo się to o godzinie 12 w nocy. Tam nie oczekiwałyśmy już życia, tylko śmierci lub więzienia. Straszna i trwożna była ta noc. Nikt nie może wyobrazić sobie nie doświadzczywszy tego. Do Rucianego przyjechałyśmy o godzinie 5 rano.

 

23. W Rucianym wprowadzili nas do nowo  wybudowanego  dużego  domu. Nanosili do izb słomy z naszych wozów i zostawili nas pod strażą. Siedziałyśmy do godziny 12 [w południe] i czekałyśmy same nie wiedząc na co. Zachciało nam się jeść, ale nie było czym zaspokoić głodu. My [wyjechałyśmy] bez [pieniędzy] i nie wzięłyśmy dla siebie nic, ani kawałka [chleba].

 

12 stycznia w dzień imienin mateczki Taisji[43] wcześnie rano odprawiłyśmy nabożeństwo podróżne i płakałyśmy wszystkie, oczekując godziny zbliżającego się cierpienia. Pomodliwszy się zaczęłyśmy pakować nasze rzeczy, ale do końca nie było wiadomo, czy pojedziemy czy nie. Następnie o godzinie 10 zebrałyśmy się na obiad. I wówczas przybiegła Jewfimja[44]. Przysłała ją komisarzowa, aby powiedziała nam o przygotowaniu do drogi i że o godznie 12 przyjadą po nas. Usłyszawszy to wstałyśmy od stołu prawie nic nie jedząc ze zdenerwowania i zaczęłyśmy płakać, i pośpieszenie pakować się. I rzeczywiście po upływie nie więcej niż godziny przyjechali starsi [oficerowie] i powiedzieli, kto musi jechać. Wyznaczono 17 Rosjan. Nas przeliczono na dziedzińcu i wpuszczano pojedynczo do jakiejś komory. Następnie postawiono u drzwi trzech żołnierzy na straży. Stali oni dotąd, dopóki zwierzchnicy chodzili po celach i oglądali chorych. Następnie wypuszczono nas, żebyśmy ubrały się i zniosły swoje rzeczy do bramy. W tym czasie zajechały na dziedziniec 4 furmanki dla nas i piąta z żołnierzami. Ułożywszy bagaże na szerokich wozach, same usiadłyśmy i posadziły naszą drogą solenizantkę, 80-letnią męczennicę. Trzęśli jej sędziwe kości po kamieniach przez 15 wiorst. Mocno biło jej serce i rozbolała głowa. Co minutę przysłuchiwaliśmy się, czy ona jeszcze oddycha. Z Kołanna[45] pociąg odszedł o godzinie 6 wieczorem, a do Cynt przyjechał o 7 rano. Na dworcu siedziałyśmy do godziny 9, dopóki nasi konwojenci, podoficer i dwóch żołnierzy, nie poszli na policję zameldować o nas. Wtedy przyszedł z nimi wachmistrz, któremu nas przekazali, a sami pojechali z powrotem. To już była 13. Nasze bagaże złożono na furmankę, posadzono tam również chorych i starych. Tak powieziono ich na kwaterę. Pozostali, którzy mogli, szli z tyłu pieszo. Szliśmy po szosie z pół wiorsty. Był z nami i wachmistrz. Następnie weszliśmy do wysokiego jodłowego lasu. Nieznane miejsca i drogi. Tu mimo woli przychodzi na myśl historia Susanina[46]. Nie wiemy, po co i dokąd nas prowadzą, być może do więzienia lub na rozstrzelanie. Lasem szliśmy około minut [brak tekstu]. Padał z rzadka dużymi płatami miękki śnieg. Potem zaczęły ukazywać się najpierw altanki, potem stoły i ławki, a wreszcie ogromny 3-piętrowy budynek. To był pensjonat zwany Waldschloss.

 

1 lutego rozpoczęły się zapusty. W dzień spałyśmy do godziny 5, potem poszłyśmy do lasu po owej ścieżynie. Po powrocie odmówiłyśmy nieszpory o Spotkaniu Pańskim. Następnie była obfita kolacja z 4 dań: kapuśniaku, gotowanej ryby, ryżu na mleku i mleka. Od godziny 9 wieczorem zaczęłyśmy odprawiać służbę Bożą. Skończyłyśmy o wpół do jedenastej. A wczesnym rankiem nie było można czytać, ponieważ na dole pod naszą kwaterą mieszkał siwy, bardzo niecierpliwy staruszek i jak tylko stuknęłyśmy czy szybciej przeszłyśmy, to on zaraz narzekał na nas przed gospodarzami. Ale na szczęście i dzięki dobroci gospodarza ani razu w ciągu 3 tygodni nie dostałyśmy nagany. A co będzie w przyszłości - nie wiem. Z tego powodu trzeba czytać szeptem i być ostrożnym i czuć się jak w więzieniu i nawet nie otwierać ust na chwałę Bożą. Jest godzina pierwsza w nocy, wszyscy śpią, a ja piszę.

 

2 [lutego] rano nie wstałyśmy tak wcześnie, a o godzinie 9 zaczęłyśmy odmawiać godzinki. Tego dnia, jak nakazuje reguła, pojadłyśmy obiadu i wszystkie zajęły się swoimi sprawami, jedne modliły się, inne czytały i odpoczywały, a pozostałe poszły zmywać wczorajsze naczynia. Dzień był pochmurny, od 28 stycznia było dość ciepło, a na sercu tak ciężko, tak beznadziejnie, że czasem nawet trudno oddychać. Mateczka Taisija słabnie z każdym dniem, a mateczka Jewpraksija patrząc na nią i za nas wszystkie, cierpiąc, z godziny na godzinę staje się bardziej markotna i smutna. 20 stycznia minęło 6 miesięcy, odkąd zostałyśmy pozbawione spokoju, a ciągle jeszcze trudno przewidzieć koniec naszej męki. Zostałyśmy uwolnione od policji na cały pierwszy tydzień.

 

3  lutego  odmawiałyśmy  godzinki. Przed końcem wieczerni weszła Sasza i podała długo oczekiwany list z klasztoru. Czekałyśmy stamtąd pocieszenia, ale po otworzeniu zamiast tego zobaczyłyśmy łzami sycone słowa.  Było tam po pierwsze o tym, jak Pani Nasza uczyniła cud i uroniła łzę ze swojej przenajświętszej ikony. Stało się to 25 stycznia, w poniedziałek, w tygodniu seropustnym. Jak tytko to przeczytałyśmy, wszystkim popłynęły łzy z oczu. Poza tym opisano niedole klasztorne. Jak tam wszystko rozgrabiają i kwaterują po 150 osób, żołnierze i robotnicy, tak było w liście. Że każdą celę zajmują  mężczyźni i wszystko  jest przesiąknięte dymem tytoniowym oprócz molenny[47]. W jednej celi podpalili słomę, ale na szczęście zdążyło się ugasić. Grożą, że mogą nas zrujnować do ostatka. Wszystko to nami wstrząsnęło i napełniło boleścią i smutkiem, bardziej niż przed tym. Trzeciego wieczorem odpisałyśmy list. Treść jego była zgodna z naszym nastrojem. Położyłyśmy się spać o godzinie drugiej w nocy.

 

4 rano Sasza zaczęła się wybierać do domu i Mateczka zmuszona ją była puścić. Przede wszystkim obie poszłyśmy na policję zawiadomić o wyjeździe, porozmawiać z nimi o nas i o tym, na jak długo wyjeżdżała. Następnie musiała zapytać o prowiant, aby go przygotować dla nas i powiedzieć jak co się nazywa. A my zapisałyśmy, bo inaczej musiałybyśmy cierpieć w milczeniu. I oto zaszła konieczność nauczenia się choć kilku słów po niemiecku. Dzień spędziłyśmy na prośbach o przekazanie pozdrowień dla naszych dawnych współmieszkanek, chorych i i ubogich  męczennic, w opuszczonym przez nas Kąciku Umiłowanym.

 

5 rano o godzinie 9 poszłyśmy odprowadzić Saszę na dworzec. Pociąg odszedł dokładnie o godzinie 10, a my zostałyśmy, jak w ciemnym lesie. Pokłoniliśmy się sobie ostatni raz, a twarze wszystkich wyrażały nadzieje, że być może i my pojedziemy kiedyś w tamte strony do ukochanej naszej ojczyzny, i dla nas nadejdzie ta radosna godzina.

Odszedłszy trochę dalej zatrzymałyśmy się przy innym pociągu. Jego kierunek nie był znany, lokomotywy tu nie było, tylko nasze serca wyczuwały, że siedzą w nim nasi współbracia, jeńcy rosyjscy. Uporczywie patrzyłyśmy w okna wagonów, ale na próżno. Nie widać było nikogo. Strasznie chciało nam się zobaczyć ten miły dla nas typ, rosyjski typ i wymienić spojrzenia tęsknoty, a także współczucia dla nich. Pociąg był otoczony strażą. Wartownicy chodzili tam i z powrotem. Gdy tak stałyśmy  przy  żelaznym  ogrodzeniu dworca, mateczka wyjęła z portmonetki jakieś dwie monety, zawinęła w papier i rzuciła jednemu i drugiemu wartownikowi, w tym celu, by chociaż przekazali od nas tkliwe spojrzenia naszym rodakom. Nieznacznie i ostrożnym ruchem zbliżyli się do zawiniętych pieniędzy i pod pretekstem, że poprawiają ostrogi, nachyliwszy się podnieśli je, a nam złożyli dziękczynny ukłon. Potem wróciłyśmy do domu. Po drodze jeszcze kilka razy oglądałyśmy się na pociąg.

 

Z 3 na 4 nocą wzięto do niewoli 50 tysięcy Rosjan, zdobyto 40 armat, 60 karabinów maszynowych. Tegoż dnia rozesłano telegramy z opisem zwycięstwa. W kościołach uroczyście dzwoniono i wszędzie wywieszono flagi, a rozentuzjazmowani   Niemcy   radośnie gratulowali jeden drugiemu. Należy pamiętać i o tym, jakie wrażenie wywierało to na nas. Złość wypełniała serca, nienawiść do Niemców odpychała nas od nich, a położenie bez wyjścia bardzo nas przygnębiało.

 

6. Dzień minął bez specjalnych przygód, a wieczorem, ku naszemu zdziwieniu, mateczka wygłosiła udane przemówienie w języku niemieckim do samego gospodarza i ten doskonale wszystko zrozumiał. O godzinie 11 położyłyśmy się spać, ja pisałam, a Sania obok leżała w łóżku i mówiła: „Oczy śpią, a kiszki marsza grają“. Nie wolno było jeść kolacji. Był to bowiem piątek w pierwszym tygodniu postu i oto biedna musiała zasnąć głodna.

 

7. Poszłyśmy na policję i oczekiwałyśmy listu od Saszy.

 

8. Była niedziela. Niedziela Tryumfu Ortodoksji[48].  Odmawiałyśmy  godzinki. wszystkie razem w 15 nr. Ten pokój przeznaczono nam tymczasem na molennę. Po raz pierwszy modliłyśmy się w nim w niedzielę Tygodnia Seropustnego, a przeniosłyśmy się tutaj już we wtorek pierwszego tygodnia postu. Od tego czasu mateczka Taisija zaczęła się czuć trochę lepiej. Na początku litanii zastukano do drzwi i podano liat. Odebrawszy mateczka odłożyła go i zaczęła czytać brewiarz. I wszyscy niecierpliwie czekali, kiedy skończą się modlić. Bardzo chciałyśmy dowiedzieć się o wydarzeniach w klasztorze. Po strasznych zapowiedziach zniszczenia oczekiwałyśmy wiadomości, że klasztor już nie istnieje. Ale mateczka cierpliwie i nie spiesząc się składała zwykłe pokłony. Po skończeniu modlitw otworzyłyśmy kopertę, list był dla siostry Polinarii od bratanka[49].

 

9. Otrzymałyśmy list z klasztoru z wiadomościami podobnymi do poprzednich. Drwa, siano, słomę rozgrabiono, a pozostałe zadeptały konie. A budynki klasztorne pod opieką Bożą jeszcze do tej pory stoją całe.

 

10. Nie ma nic ważnego do przekazania.

 

11. Poszłyśmy na policję. Mateczka porozumiewała się po niemiecku. Prosiła o zwolnienie nas do soboty od codziennego meldowania się u nich, na co zezwolono.

 

12. Ogłoszono, że w związku z wojną, w całym państwie niemieckim, każdy  mieszkaniec  będzie  otrzymywać dziennie nie więcej niż pół funta chleba.

 

13. W dzień poszłyśmy obie z mateczką do miasta. Kupiłyśmy trzy bochny chleba i 2 funty mąki, usiłując choć trochę zaopatrzyć się w żywność, ponieważ wszyscy oczekiwali głodu. Prosiłyśmy w sklepiku, aby sprzedano nam jeszcze 2 funty, ale odmówiono nam. Wieczorem o godzinie 9 położyłyśmy się spać i wtedy w korytarzu dało się słyszeć coś niezwykłego. Po otworzeniu drzwi zobaczyłyśmy Saszę, witały się z nią dziewczęta, tutaj wszystkie ją otoczyły i słuchały jej nowin, a swoje opowiadały do godziny 11. Tym przybyciem trochę nas rozweseliła opowiadając, że obecnie w klasztorze nie ma nikogo obcego, z czego byłyśmy rade. Ale nie można było mieć nadziei na spokój, gdyż niebezpieczeństwo jest jak woda, to napłynie, to znów trochę odstąpi.

Między 6 a 13 pod Anzborgiem[50] była wielka bitwa. Wielu Prusaków poległo, a wszystkich Rosjan, którzy ocaleli z tej rzezi, wzięto do niewoli. W jakiś czas potem w Prusach nie było już ani jednego żołnierza rosyjskiego.

 

14. Udałyśmy się na policję, a stamtąd zaszłyśmy na dworzec po nadesłany bagaż. Przysłano nam z klasztoru: rzodkiew, marchew, 3 bochny chleba i jeszcze coś niecoś. Wieczorem w naszej siedzibie na zamku, w dużej sali, było zebranie. Burmistrz odczytał depeszę, zawierającą prośbę do narodu, aby nie burzyć się z powodu zmniejszonej racji chleba, a spokojnie odstąpić część rosyjskim żołnierzom - jeńcom wojennym, bo jest ich obecnie w Niemczech ponad półtora miliona. Wielka szkoda, że z przeciwnej, miłej nam strony rosyjskiej nic nie słychać.

 

15. Niedziela. Wybrałyśmy się do lasu i spotkałyśmy tam pruskiego żołnierza. Szedł on z miasta z dwojgiem dzieci. Dogonił nas na drodze i zaczął rozmawiać po rosyjsku.

 

16. Rozpoczął się ciężki okres poświęceń. Dostałyśmy po pół funta chleba na osobę, a w przyszłości należy się spodziewać przykrych doświadczeń, jak się zdaje, i tę rację jeszcze dzielić na części. Czeka nas nieunikniona walka z głodem i strachem.

 

17. Pisałyśmy list do klasztoru. W nocy złapałyśmy dwa małe zwierzątka. Chociaż nam dokuczały, nie zabiłyśmy ich, ponieważ same też byłyśmy w niewoli. W nocy mateczka kilka razy podchodziła do nich, a patrząc porównywała ich położenie z naszą sytuacją.

 

18. Wcześnie rano uwolniłyśmy naszych małych jeńców, starając się jak najszybciej wypuścić ich na wolność. Wtedy to czułyśmy, jak ciężko nam oczekiwać tej godziny, kiedy my będziemy wolne. Oto i pobiegły nasze myszki, gdzie chciały. Potem, jak zwykle, poszłyśmy na policję.

 

19. Prałyśmy bieliznę i myłyśmy dziadkowi głowę[51]. Bieliznę płukałyśmy pod pompą. Wieczorem było mroźno i śnieżnie.

 

20. Kroiłam palto dla Leonidy, a mateczka uczyła nas śpiewu tonalnego.

 

24. Kupiłyśmy na zapas 26 bochnów chleba. Poinformowano nas w piekarni, że kto chce, może w te dwa ostatnie dni zaopatrzyć się w pieczywo, a potem już nie będzie wolno. Każdy bochen waży 4 funty.

 

25. Poszłyśmy na policję, a stamtąd do szewca. Usłyszałyśmy wiele nowin, że pod Warszawą zabito 150 000 Rosjan i wzięto do niewoli 125 000. A do 27 Warszawa powinna być zdobyta i do 22 marca będzie koniec wojny, to znaczy do 7 pruskiego kwietnia[52]. O to w Cyntach trzymają zakład o 120 000 marek.

 

26. Pojechała Grita.

 

27. Dzień był mglisty. Wieczorem poszłyśmy na policję i tam nam powiedziano, że z klasztoru przyślą jeszcze trzy Rosjanki do nas do Cynt. Po powrocie z policji pisałyśmy list.

 

4 marca. Odmawiałyśmy służbę - Mariino Stojanije[53]. Rozpoczęłyśmy o godzinie 6 wieczorem a skończyłyśmy o 10. Cały czas swobodnie śpiewałyśmy i czytałyśmy do 9 pieśni. Ponieważ światła pogasły w całym domu, więc położyłyśmy się spać. Chociaż nie broniono nam śpiewania, my krępowałyśmy się i 9 pieśń zakończyłyśmy czytaniem.

 

6. Była silna zamieć. Wieczorem poszłyśmy na policję, a wracając stamtąd nie wierzyłyśmy, że dojdziemy do domu. Świata nie było widać. Wróciłyśmy wymęczone, zasypane śniegiem i ledwie doszłyśmy do siebie.

 

7. Podczas obiadu przyszedł do nas gospodarz i powiadomił o przyjeździe naszych z klasztoru. Zaczęłyśmy więc przygotowywać dla nich pokój. Pod wieczór znów rozsrożyła się okropna śnieżyca. Nie do pomyślenia było iść na dworzec, toteż powitałyśmy je w domu o godzinie 9 wieczorem.

 

8. Dzień minął na wypytywaniu i opowiadaniu o klasztorze. Nie było nic pocieszającego i mateczka nam zachorowała.

 

9. Rano poszłyśmy na policję, już większą grupą. Kancelaria była niewielka. Tam było 4 pisarczyków i ledwie zmieściłyśmy się. Jak zwykle przeliczono nas i poszłyśmy z powrotem. A jednak choć i dwa słowa, ale powiemy po niemiecku: „Guten Tag!“ i „Auf Wiedersehen!“ Policja mieści się w dużym domu pośrodku miasta na placu rynkowym. Na dole są sklepy, a na pierwszym piętrze sąd.

 

14. O godzinie 4 po południu odmawiałyśmy wieczernię Niedzieli Palmowej bez śpiewu, a o godzinie 7 rozpoczęłyśmy jutrznię, czytałyśmy hymny pochwalne i irmosy, a kafizmy odśpiewałyśmy. Stałyśmy z wierzbą i byłyśmy we łzach i zachwycie. We łzach, ponieważ to wielkie święto przyszło nam spędzić poza klasztorem, w rozłące z naszymi współmieszkankami, a w zachwycie, bo chociaż na wygnaniu, to jednak mamy możliwość pomodlić się i pochwalić Imię Boże. Jutrznię skończyłyśmy pomiędzy godziną 9 a 10.

 

22. Zmartwychwstanie Pańskie powitałyśmy jak zwykle ze śpiewem, o godzinie 12. Pozwolono nam śpiewać i modlić się. Nasza ciasna molenna przybrana była skromnie, bez kwiatów i wstążek. Tam witałyśmy Chrystusa, posililiśmy się niepostnym i w dobrym zdrowiu, pojadłyśmy obiadu. Amatorzy fotografowali nasz zamek i Lidię z okien[54]. Pozostałe dni świąt spędziłyśmy tak jak w klasztorze. Pod 25 był pierwszy piorun i błyskawica podczas odprawiania służby Bożej.

 

26. Poszłyśmy na policję i byłyśmy na niemieckim cmentarzu.

Drugiego dnia Wielkanocy przyjechała do nas Katia, gościła jedną dobę. W Wielkim Tygodniu była Łukierija. 16 kwietnia przyjechała siostra Mariamija. Od 1 kwietnia zaczęłyśmy uczyć się śpiewu.

 

26 kwietnia. Pierwszy raz dostałyśmy półfuntową porcję świeżego chleba. Jest to jedyna nasza pociecha zamiast wielkich ciast i bułek. Zwykle dają nam chleb w 10 i 14 dni po upieczeniu. Poza wyznaczoną racją nie można nigdzie za żadne pieniądze kupić ćwiartki funta chleba. A w przyszłości nic innego nie oczekujemy, jak tego, że zmniejszą i tę porcję, ponieważ liczba jedzących znacznie powiększa się w państwie. Między 20 a 30 kwietnia wzięto do niewoli 150 tysięcy Rosjan. Przez 3 dni w kościołach uroczyście biły dzwony, a dzieci, uczniowie radowali się zwycięstwem. Z flagami w rękach i z bębnami przychodzili na zamek i na cześć państwa niemieckiego śpiewali pieśni i krzyczeli „Hura!“

 

27. Zaczęłyśmy trzeci ton.

 

28. Byłyśmy na policji. Wieczorem odprawiłyśmy służbę Oddania Wielkanocy[55].

 

1 maja. Pogoda była ładna i ciepło na dworze.

 

2. O godzinie 2 po obiedzie przygnano do zamku, do pomocy starszym kobietom, 40 naszych współbraci, jeńców rosyjskich. Było zimno i wietrznie. Oni byli wycieńczeni i oberwani, obrażani i wyśmiewani. Z pół godziny stali naprzeciwko nas. Popłakałyśmy się patrząc na nich, lecz rozmawiać z nimi nie pozwolono nam. A kiedy pognano ich z powrotem, wtedy siostra Polinarija już na drodze poprosiła żołnierzy, aby dali jeńcom chusteczki na szczęście. Żołnierze byli dobrzy i zgodzili się. Dała im 6 chusteczek.

 

3 maja. Sprzątałyśmy izby.

 

4. Przeprowadzałyśmy się do nowego mieszkania.

 

5. Otrzymałyśmy telegram z klasztoru i odprowadzałyśmy siostrę Polinarię i siostrę Miriemjanę.

 

6. Siostra Warsonowja zmarła.

 

9. Chodziłyśmy po górach i był tam kanion.

 

10. Dzień Trójcy Świętej.

 

28 maja. Odprowadzałyśmy [mateczkę] z Lidią do klasztoru na 14 dni. Towarzyszył wachmistrz.

 

29. Nocą, o godzinie 12, zmarła siostra Jenafa.

 

31. Otrzymałyśmy list od mateczki.

 

2 czerwca. Otrzymałyśmy drugi list od mateczki. Obecnie jesteśmy same.

 

7. Poszłam prosić o ziemniaki Wieczorem poszłyśmy po torf. Bezsenna noc i ciężki dzień, niedziela w oczekiwaniu listu od mateczki.

 

16 lipca o godzinie 8 wieczorem gotowałyśmy konfitury. Siostra Polinarija przyszła z Cynt. Tam usłyszała, że ósmym pociągiem będzie jechał król z  Olsztyna przez Cynty. Powiedziała, że ludność z całego miasta schodzi się na dworzec. Oto i my wszystkie, bez względu na to, co kto robił, odłożywszy robotę szybko pobiegłyśmy na dworzec. Za jakieś 5 minut przyjechał pociąg cicho, bez hałasu i bez gwizdków. Pociąg składał się z 6 doskonałych wagonów. W oknach widoczna była tłocząca się służba. Następnie w jednym oknie pokazał się [brak tekstu]. Wtedy im zakrzyknęli „Hura!“ Pociąg stał około 5 minut i odjechał w kierunku Królewca, a my wróciłyśmy do domu na kolację.

Było bardzo dużo malin i grzybów, a pogoda deszczowa. Chodziłyśmy do lasu codziennie, nawet po dwa i trzy razy. Tak spędzałyśmy czas. W Cyntach zawarłyśmy wiele znajomości i wszyscy w stosunku do nas byli bardzo dobrzy. Oto przewidywany jest koniec naszego 9   zesłania.

 

15 sierpnia poinformowano nas, że musimy do 19 spakować wszystkie swoje rzeczy i być gotowym do drogi. Więc pospiesznie pakowałyśmy się, ale dokładnie nie wiedziałyśmy, dokąd pojedziemy. Mówiono nam, że wrócimy do klasztoru, ale to nie było jeszcze pewne. Myślałyśmy, że wywiozą nas jeszcze dalej. Ale jak było zapowiedziane, tak i stało się. 19 rano podstawiono dwie furmanki na bagaż, a trzecią dla naszych chorych. O godzinie 11 wsiadłyśmy do pociągu.

 

8 kwietnia 1916 roku o godzinie 4 rano umarła na Piaskach Fiedora. Pochowałyśmy ją we wtorek na trzeci dzień Wielkanocy.

 

1916 rok. Zmartwychwstanie Pańskie, 10 kwietnia, powitałyśmy pomyślnie i spędziłyśmy w spokoju do czwartku, a w czwartek znów zaniepokoiły się nasze dusze spisem wszystkich poddanych rosyjskich.

W piątek najnowsze wydarzenie z mateczką Jewpraksją dotyczące krótkich sukien.

Baby wielkanocne 16 roku. 50 funtów mąki, 3 kadzie zaczynu, kadź wody, pół funta drożdży, 4 kadzie mleka, 10 jaj, 5 funtów cukru, 1 funt rodzynków i pół funta koryntek, 3 proszki wanilii, 2 flaszeczki proszku cytrynowego.

 

24 kwietnia w Wojnowie odprawiałyśmy nabożeństwo pogrzebowe za brata Nastii - Maksima. Umarł 13. Był ranny w nerki i żył 9 dni. Walczył z Francuzami. A ich ojciec umarł w końcu roku 15. I oto nasze dziewczęta zostały sierotkami:  Aniuta[56], Marfa  i

Nastia. Marfa pierwsza odeszła z klasztoru w 15 roku w końcu czerwca. Aniuta w 16 roku w październiku. A Nastia na razie mieszka w klasztorze.

 

W czasie burzy małej łódce niebezpiecznie jest zbliżyć się do dużego okrętu, bo może się rozbić. Ale kiedy burza uspokoi się, może zbliżyć się, podpłynąć.

 

Nie ma lepszego sposobu, aby zdobyć miłość ludzi, jak samemu ich pokochać.

 

Człowiek, którego życie jest prawe, uczciwe i który ze szczerego serca dąży do poprawy - ten nie ma czego się i obawiać.

 

Gdzie zjawił się duch niepokoju, tam nie ma radości i ukojenia.

 

Nie smagaj tego konia, na którym jedziesz.

 

Nie miel językiem bez sensu. Najpierw poznaj sprawę, a wtedy śmiało wal prawdę. To, co proste, nie potrzebuje wyprostowania, to co sprawiedliwe - usprawiedliwienia.

 

Zapiski były prowadzone w tzw. notesie o wymiarach 16,2 x 10,5 cm, oprawionym na twardo w czarne płótno. Tekst był pisany odręcznie, czarnym atramentem, jedynie k. 63v. i k. 64 zostały częściowo zapisane ołówkiem. Jest to typowy notatnik znajdujący się w handlu papierniczym. Papier poliniowany w kratkę. Cały notes został przez autorkę pofoliowany i zawiera 161 kart. Brak karty 7 (wyrwana). Występują błędy w foliowaniu w odniesieniu do karty 59, którą po prostu opuściła. Zapisane zostały karty: 1-3, 45-65. W różnych miejscach notatnika poczyniono mało znaczące zapiski, pochodzące z późniejszych lat. Są one krótkie i posiadają gospodarczy i praktyczny charakter. Na uwagę zasługuje k. 157 i 158, na których zapisano kilka aforyzmów, bez podania autorstwa. Zakończono nimi notatnik, gdyż dają one swego rodzaju wgląd w moralistykę autorki. Pewne wyobrażenie o wyglądzie notatnika daje umieszczona na końcu zeszytu fotografia pierwszej strona pamiętnika, obok umieszczona jest fotografia autorki (fot. 9 i 10).

 

Notatnik jest obecnie w posiadaniu autora artykułu. Informacje o autorstwie notatnika zawdzięczam aktualnemu współwłaścicielowi mienia klasztornego, panu Leonowi Ludwikowskiemu z Mikołajek, któremu na tym miejsca składam podziękowanie.

 

POWRÓT

 

Źródło: E. Iwaniec, Pamiętnik Antoniny Kondratjewej (1914-1916). Przyczynek do dziejów żeńskiego klasztoru staroobrzędowego w Wojnowie na Mazurach, „Zeszyty Naukowe KUL”, R. 25: 1982, nr 2-4 (98-100), s. 235-262 (ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie).

 

 

 



[1] E. Iwaniec. Dzieje badań nad staroobrzędowcami w Polsce. „Studia Religioznawcze“ 14: 1979, s. 99-111.

 

[2] E. Iwaniec. Z dziejów staroobrzędowców na ziemiach polskich XVII-XX w. Warszawa 1977 s. 120-138. Tenże. Staroobrzędowcy. W: Mrągowo. Z dziejów miasta i powiatu. Olsztyn 1975 s. 222-228. Tenże. Kontakty środowiska „Kołokoła“ ze staroobrzędowcami na Mazurach. „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Łódzkiego“ 111: 1975, s. 199-203. Tenże. Wydawnictwa „Drukarni Słowiańskiej“ („Sławianskaja Tipografija“) na Mazurach w latach sześćdziesiątych XIX stulecia. „Slavia Orientalis 2: 1976, s. 229-237. Tenże. Old Believers in Poland. Ethnologia Polona. Vol. 7. 1981-1982 pp. 251-278.

 

[3] A. Mańkowski. Znad jezior mazurskich. Wspomnienia z wycieczki krajo- i ludoznawczej. Poznań 1912 s. 11-14, 23-26. E. Sukertowa-Biedrawina. Filiponi na ziemi mazurskiej. „Komunikaty Mazursko-Warmińskie“ 1: 1961 s. 39-63. W. Jakubowski. Z historii kolonij staroobrzędowców rosyjskich na Mazurach. „Slavia Orientalis“ 1: 1961 s. 81-103. B. Marchandier. Les vieux-croyants de Wojnowo. „Cahiers du Monde russe et sovietique“ 4: 1977 pp. 435-448. E. Iwaniec. Specyfika folkloru Rosjan-staroobrzędowców na ziemiach polskich. W: Literatura popularna, folklor, język. Red. W. Nawrocki, M. Waliński. T. 2. Katowice 1981 s. 94-109. Tenże. Folklor staroobrzędowców na ziemiach polskich. W: Studia polono-slavica orientalia. Red. B. Białokozowicz. Acta litteraria VII (1981) s. 251-278.

 

[4] Relacja Katieriny Warabiow - starowierki ze wsi Wólka (gm. Ruciane-Nida, woj. suwalskie) spisane przez autora latem 1982 r.

 

[5] Jednowiercy - staroobrzędowcy, którzy uznali nową hierarchię kościelną z zachowaniem form starego obrzędu. Zob. Iwaniec. Z dziejów staroobrzędowców, s. 47-48, 136-138.

 

[6] Jakubowski. Z historii kolonij, s. 98.

 

[7] M. Czuwanow. Prieobrażenskomu Kładbiszczu. w Moskwie 200 let (1771-1971). W: Staroobriadczeskij Cerkownyj Kalendar' na 1971 god. Riga 1971 s. 73-74. Por. W. S. Staroobriadcy w Prusii. „Cerkow’“ 33: 1914, s. 881-882.

 

[8] F. Tetzner. Die Philipponen in Ostpreussen. „Globus“ 76: 1899, s. 184.

 

[9] Relacja Pawliny Warabiow - starowierki ze wsi Wólka (gm. Ruciane-Nida) spisana latem 1982 r.

 

[10] Por. Sukertowa-Biedrawina. Filiponi, s. 64. C. Chlebowski. Pantera i Smętek. „Widnokręgi“ 2: 1977, s. 46. M. Szejnert. Tylko czaj i kuch. W: I niespokojnie tu i tam. Olsztyn 1980, s. 55.

 

[11] Trudy Pierwago Wsierossijkago Christianskago Sjezda w Moskwie. Moskwa 1909, s. 25, 28-29.

 

[12] Anonimowy pamiętnik mniszki z wojnowskiego klasztoru. Autograf nie opublikowany. Ze zbiorów prywatnych autora.

 

[13] Relacja Jeleny Szczerbakowskiej ze wsi Swignajno (gm. Ruciane-Nida), spisana latem 1982 r. Por. Iwaniec. Z dziejów staroobrzędowców, s. 230-231 (o szatach zakonnych).

 

[14] Relacja staroobrzędowca Sergieja Wróbla ze wsi Ukta (gm. Ruciane-Nida) spisana jesienią 1974 r.

 

[15] Iwaniec. Z dziejów staroobrzędowców, s. 40-41, 60-69. Zob. P. Smirnow. Istorija russkago raskoła staroobriadstwa. S. Pietierburg 1895, s. 95-98, 104-112.

 

[16] Iwaniec. Z dziejów staroobrzędowców, s. 86-87 (o nastawnikach).

 

[17] F. Gause. Die Russen in Ostpreussen 1914/1915. Königsberg 1931, s. 284-285. Sukertowa-Biedrawina. Filiponi, s. 65.

 

[18] 18 Jakubowski. Z historii kolonij, s. 100.

 

[19] Tamże s. 98-99.

 

[20] Wtoroj wsiepolskij staroobradczeskij sobor w g. Wilnie. „Wiestnik Wysszego Staroobriadczeskogo Sowieta w Polsze“ 46: 1930, s. 21-32; 1: 1931, s. 20-32.

 

[21] M. Wańkowicz. Na tropach Smętka. Warszawa 1936, s. 75. Sukertowa-Biedrawina. Filiponi, s. 39-40 (s. 40 - przedruk z oryginału skargi).

 

[22] Sukertowa-Biedrawina. Filiponi, s. 40, cyt. za W. Franz, E. Krause. Deutsches Grenziand Ostpreussen. Pillkallen s. 259.

 

[23] J. Begunov. Ivan Nikiforovič Zavoloko. Zum 70. Geburstag. „Die Welt der Slaven“ 1: 1969, s. 103-112. W. Małyszew. Iwan Nikiforowicz Zawołoko. K 75-letiju so dnia rożdienija. Trudy Otdieła Driewnierusskoj Litieratury T. 27 1972, s. 461-462.

 

[24] Zostali dotknięci zwłaszcza tym, co przeczytali w jego książce. O staroobrzędowcach napisano, że „mężczyźni mają capie bródki i u wielu z nich uderza typ podmongolizowany“ (Wańkowicz. Na tropach Smętka s. 73). Noszenie brody u staroobrzędowców wynikało z naśladowania Jezusa Chrystusa.

 

[25] Lida Gordak - mieszkanka Królewca, w liście do przeoryszy Jewpraksii i przeorszy Antoniny z dnia 20 lutego 1942 r. Ze zbiorów prywatnych autora.

 

[26] Sriedi staroobriadcew w Wojnowie, „Russkij Gołos“ 7-8: 1959, s. 4.

 

[27] Jakubowski. Z historii kolonij, s. 100-101.

 

[28] Praskowia Wawiłowa (popularnie Pania), córka Wasilija i Duchieji, urodzona 7 X 1898 r. w Kazaniu. Na Mazury przybyła w październiku 1913 r. z Aleksiejewska.

 

[29] Jakubowski. Z historii kolonij, s. 98, 100.

 

[30] W notatniku użyto dat według starego stylu, tj. kalendarza juliańskiego.

 

[31] Spośród tych, które były internowane do Cynt, na Mazurach mieszka dziś tylko Jelena Szczerbakowska.

 

[32] Jakubowski. Z historii koloni, s. 100.

 

[33] Relacja Tatjany Linowicz - starowierki ze wsi Wojnowo (gm. Ruciane-Nida) spisana latem 1978 r.

 

[34] Pamiętnik Antoniny Kondratjewej przetłumaczył Eugeniusz Iwaniec, autor niniejszej publikacji.

 

[35] W tekście rosyjskim zachowano wszelkie właściwości stylistyczne. Zmodernizowno jedynie pisownię i interpunkcję.

 

[36] Św. Mikoła. Tak staroobrzędowcy nazywają św. Mikołaja.

 

[37] Lifierij (Liberiusz) Warabiow z Majdanu. Zmarł w 1945 r. jeszcze w czasie działań wojennych. O pomoc przy pogrzebaniu zmarłego zakonnice zwróciły się do żołnierzy radzieckich.

 

[38] Aleksiej (Aleksy) Kolasznik.

 

[39] Jakow (Jakub) – starszy człowiek, pracujący przy koniach w klasztorze.

 

[40] Gromek (Grommek) – zniemczony Mazur z Ukty, obecnie gmina Ruciane – Nida. To on „Karol Krommek strzelił do ikony Zbawiciela, która była nad główną bramą (klasztoru), podziurawił ją. Za to padł w pierwszej potyczce, w której uczęszczał (uczestniczył), w Rucianach koło bloków”. J. Krassowski. Wspomnienia z lat 1903-1921. Gałkowo 1973, s. 6. Autograf. Z prywatnych zbiorów autora. 

 

[41] Konc (Kunz). Niemiecki nadleśniczy z Gałkowa, gmina Ruciane – Nida.

 

[42] W tekście wyraz „matuszka” (mateczka) bez imienia oznacza matkę przełożoną i dotyczy Olgi-Jeleny Dikopolskiej.

 

[43] Zakonnice obchodziły imieniny według imienia nadanego im podczas chrztu. W dniu tym, tj. 12 stycznia, przypada święto męczennicy Tatjany.

 

[44] Jefimja (Eufemia), żona Lifierija Warabiowa.

 

[45] Kołann (inaczej Kolain, Kołain). Prawdopododnie chodzi tu o stację kolejową Collogienen, przemianowaną potem na Krutinnen, pierwszą po Ukcie w kierunku Mrągowa. Po II wojnie światowej pociągi na tej trasie już nie kursują.

 

[46] Susanin Iwan (zm. 1613) – chłop ze wsi Domnino koło Kostromy, uważany przez Rosjan za bohatera narodowego. Postać utrwalona w operze M. Glinki pt. Iwan Susanin.

 

[47] Wyjątkowo zbeszczeszczone, gdyż mniszki uważały tytoń za wymysł szatana.

 

[48] Jest to pierwsza niedziela Wielkiego Postu.

 

[49] Polinaria (Apolinaria), zakonnica, rodzona siostra Lifierija Warabiowa. Zajmowała się nauczaniem dzieci podstawowych zasad wiary.

 

[50] Anzborg, Hansborg, Wancborg, Jańsborg, Jańspork, Johannisburg, obecnie Pisz.

 

[51] Nie wiemy o kogo chodzi. Informacje o nim bardzo sprzeczne i mało wiarygodne.

 

[52] Wyliczenie czasu nieprawidłowe.

 

[53] Nabożeństwo to zazwyczaj jest odprawiane ze środy na czwartek piątej niedzieli  Wielkiego Postu, kiedy czytany jest kanon Andrzeja z Krety i kanon św. Marii Egipcjanki (Stojanije Marii Jegipietskoj).

 

[54] Lidia, kaleka, ulubienica przeoryszy.

 

[55] Określenie to dotyczy zakończenia okresu paschalnego, kiedy odprawia się prawie całe nabożeństwo tego święta.

 

[56] Aniuta, Anna Smirnow, zamężna Jeriomin, córka Wasilija i Katarzyny z domu Labuszyn. Urodziła się 4 VII 1895 r. w Śwignajnie, gmina Ruciane – Nida. Pod koniec życia, jako wdowa, powróciła do klasztoru. Zmarła 14 VI 1981 r.