Grzegorz Rąkowski

WODZIŁKI

 

POWRÓT

 

Na rozstajach, przy których leży kilka wielkich głazów zebranych z okolicznych pól, porzucamy znaki ścieżki dydaktycznej, wiodącej do Szurpił i kierujemy się w prawo, krętą drogą wśród wzgórz i sosnowych lasków, która doprowadza nas do Wodziłek, czy też, jak mówią miejscowi, Wodziłk. Ta położona w centrum Suwalskiego Parku Krajobrazowego wieś słynna jest z tego, że niemal w całości zamieszkują ją rosyjscy staroobrzędowcy - jeden z ułamków „egzotycznej” społeczności suwalskiej.

Kim są i skąd się wzięli? Historia tej sekty, czy też raczej odłamu religijnego, sięga II polowy XVII wieku. W 1654 r. na zwołanym w Moskwie soborze patriarcha Nikon dokonał za aprobatą cara Aleksego reform w rosyjskim kościele prawosławnym. Polegały one m.in. na zmianach w obrządku oraz poprawkach w księgach kościelnych i miały służyć umocnieniu absolutnej władzy carów, którzy jak wiadomo byli formalnymi zwierzchnikami cerkwi rosyjskiej. Część duchownych nie zgodziła się ze zmianami i pozostała przy starych obrządkach, co dało początek rozłamowi. Po ostatecznym zatwierdzeniu reform Nikona przez wielki sobór grecko-rosyjski w 1667 r. zwolennicy dawnej wiary, zwani staroobrzędowcami lub raskolnikami (od rosyjskiego raskoł – „rozłam”), zostali przez władze carskie i cerkiewne poddani okrutnym prześladowaniom. Chroniąc się przed represjami, emigrowali na krańce imperium carów i poza jego granice. W ten sposób w końcu XVIII w. grupa staroobrzędowców trafiła na Suwalszczyznę. W 1778 r. założyli oni wieś Wodziłki, a w 1789 r. - sąsiednie Łopuchowo. Osiedlili się także w kilku innych wsiach w okolicy Suwałk, Sejn i Augustowa.

Staroobrzędowcy, rozrzuceni po olbrzymim terytorium i żyjący w izolowanych grupach, wytworzyli wiele odłamów i odrębnych sekt. Dwa najważniejsze odłamy to popowcy i bezpopowcy. Ci ostatni twierdzili, że po wymarciu duchownych wyświęconych przed rozłamem nie można juz wyświęcać nowych kapłanów i uznali za przewodnika samego Chrystusa. Nabożeństwa w ich świątyniach, zwanych molennami, prowadził wybrany przez parafian nastawnik - najbardziej szanowany członek miejscowej społeczności. Popowcy natomiast początkowo pozyskali część duchownych z oficjalnego kościoła prawosławnego, a potem wyświęcali własne duchowieństwo. Część staroobrzędowców, zwana jedinowiercami, zbliżyła się na powrót do prawosławia w wyniku akcji, można by ją nazwać misjonarską, jaką wsród nich przeprowadziło w XIX w. duchowieństwo prawosławne.

Suwalscy staroobrzędowcy należą do odłamu bezpopowców. Przed wojną zamieszkiwali oni kilkanaście wiosek na Suwalszczyźnie. Podczas okupacji hitlerowskiej, w latach 1939-41, większość staroobrzędowców z włączonej do Rzeszy Suwalszczyzny przesiedlono do ZSRR w ramach wymiany za Niemców znad Wołgi i z okolic Oranienburga. Po wyzwoleniu powrócili tu tylko nieliczni. Wodziłki to dziś jedyna w okolicy Suwałk miejscowość zamieszkana w większości przez staroobrzędowców, zwanych też z rosyjska starowierami. Z liczącej przed wojną 500 mieszkańcow wsi zostało dziś zaledwie 10 rodzin staroobrzędowców. Ponadto mieszkają oni w rozproszeniu w kilku innych wsiach suwalskich, m.in. w pobliskim Łopuchowie, Szurpiłach i Szeszupce oraz w samych Suwałkach. Inne skupiska staroobrzędowców w Polsce to wsie Gabowe Grądy i Bór w rejonie Augustowa oral wieś Wojnowo na Mazurach. Całkowitą liczbę staroobrzędowców w Polsce ocenia się na ok. 1000 osób, z czego na Suwalszczyźnie mieszka ok. 600. Oficjalna nazwa tej grupy wyznaniowej, przyjęta na soborze w 1993 r., brzmi: Staroprawosławna Pomorska Cerkiew w Rzeczypospolitej Polskiej. Na jej czele stoi Rada Naczelna z siedzibą w Suwałkach, której podlegają cztery gminy staroobrzędowców: w Suwałkach, Wodziłkach, Gabowych Grądach i Wojnowie. W tych miejscowościach znajdują się jedyne cztery czynne w Polsce molenny. Dla porównania - przed wojną na obszarze Rzeczypospolitej żyło około 100 tysięcy staroobrzędowców.

Jest zdumiewające, ze żyjąc tu przez ponad 200 lat w niewielkich grupach, staroobrzędowcy zdołali uniknąć asymilacji, zachowali rownież swój język i dawne zwyczaje. Z pewnością przyczynił się do tego ich konserwatyzm i rygorystyczne przestrzeganie zasad wiary i nakazów obyczajowych. A były one niezwykle surowe. Zakazywały m.in. palenia tytoniu, picia alkoholu, kawy i herbaty, a mężczyznom ponadto golenia bród i służenia w wojsku. Wobec braku duchowieństwa małżeństwo odbywało się zgodnie z tradycją przez porwanie panny młodej, a jego legalizacja polegała na uzyskiwaniu zgody rodziców i starszyzny wiejskiej. Dziś zachowały się tylko niektóre zwyczaje, kultywowane niemal wyłącznie przez starszych, wśród których spotyka się wielu z długimi, patriarchalnymi brodami. Dużą wagę staroobrzędowcy przywiązują do przedmiotów kultu religijnego. W domach na honorowym miejscu, na specjalnych półeczkach, stoją (nigdy nie wiszą!) ikony, przechowuje się ośmiokończyste krzyże i święte księgi. Jeśli nawet nie wszystkie dawne obyczaje są obecnie zachowywane, to ściśle przestrzega się zakazu picia alkoholu i palenia tytoniu w pomieszczeniu, gdzie są ikony. Do dziś staroobrzędowcy zachowali swoj rosyjski język, choć wiele w nim archaizmów i naleciałości, np. słów starocerkiewnych, zaczerpniętych ze świętych ksiąg, oraz słów polskich i okresleń gwarowych, które przyswoili sobie podczas ponaddwustuletnich kontaktow z sąsiadami. Ów barwny „mieszany” język, jakże typowy dla obszarów kresowych (podobne zjawisko występuje na pograniczu etnicznym polsko-białoruskim), można bez trudności zrozumieć, gdy słyszy się go np. podczas nabożeństwa w molennie, czy podczas rozmowy „Wielkorusów” we własnym gronie. Oczywiście starowierzy znają także język polski.

Rozproszenie staroobrzędowców w Polsce, izolacja poszczególnych osrodków religijnych, emigracja ze wsi do miast, a także za granicę, odchodzenie przez młodzież od dawnych obyczajów, osłabienie uczuć religijnych, coraz częstsze, nie spotykane dawniej małżeństwa mieszane, wszystko to sprawia, ze procesy asymilacji starowierów przebiegają obecnie szybciej niż kiedykolwiek. W ostatnich latach podjęto proby przeciwdziałania temu zjawisku. Wspomniana już Naczelna Rada Staroobrzędowców ma za zadanie skonsolidować współwyznawcow z terenu Polski, ożywić ich życie religijne i podtrzymać ich odrębność etniczno-kulturową. Honorowym przewodniczącym Rady jest wybitny fizyk-akustyk, profesor Leonid Pimonow, zamieszkały na stałe we Francji. Pochodzi on z Wileńszczyzny i jest potomkiem rodu, ktory już w XIX w. zorganizował tam duży i prężny ośrodek religijny staroobrzędowców. Profesor Pimonow jest twórcą Fundacji im. Rodziny Pimonowow, która ma służyć konsolidacji i rozwojowi życia religijnego, kulturalnego i społecznego staroobrzędowcow w Polsce.

Starowierzy byli i są cenieni na Suwalszczyźnie jako solidni, dobrzy gospodarze. Zasłynęli zwłaszcza jako zdolni cieśle. Oprócz wspomnianych wyżej zwyczajów, związanych z nakazami religii, przynieśli oni na Suwalszczyznę jeszcze jeden obyczaj, który rozpowszechnił się także wsród miejscowych gospodarzy Polaków. Mowa o kąpieli w parowej łaźni, z ruska zwanej banią lub bajnią. Niewielki, drewniany, zaopatrzony w komin budyneczek bani to nieodłączny element obejścia staroobrzędowca. Zazwyczaj stoi on w pobliżu wody: jeziora, rzeczki, stawu, czy zwykłego bajorka. Dawny obyczaj nakazywał starowierom kąpać się raz w tygodniu, przed pójściem do molenny. Kto tego nie uczynił, był w pewien sposób napiętnowany. Surowe zasady zakazywały także wspólnej kąpieli z innowiercami i niewierzącymi, choć nie broniły korzystać z bani osobom różnej płci, o ile wszystkie były staroobrzędowcami. Na ogół ze wspólnej kąpieli korzystano w gronie rodzinnym, choć banie bywały także miejscami towarzyskich spotkań młodzieży. Obecnie kąpiele w baniach odbywają się raczej sporadycznie.

Staroobrzędowcy chętnie udostępniają swe banie gościom i turystom. Wystarczy tylko odpowiednio wcześnie dogadać się z gospodarzem, ktory za niewielką opłatą napali w kamiennym piecu banniku, stanowiącym centralną część bani, aby rozgrzać go do własciwej temperatury. Jeśli więc ktoś z Was, drodzy Czytelnicy, będzie miał okazję z bani skorzystać, to gorąco ją polecam (a jeśli okazja sama się nie nadarzy, to radzę jej poszukać), bo jest to przeżycie niezapomniane.

Budyneczek bani składa się zawsze z dwu części: przedsionka (priedbannik), gdzie zostawia się obuwie i ubranie, oraz właściwej łaźni, w centrum której znajduje się zbudowany z kamieni piec, kamienka, a pod ścianami drewniane, szerokie półki, umieszczone na różnych wysokościach. Wyposażenie wnętrza uzupełniają kadzie lub wiadra z zimną i gorącą wodą oraz pęki brzozowych witek. Wnętrze nagrzanej bani pachnie wspaniale jedyną w swoim rodzaju mieszanką zapachu dymu i gałązek brzozowych. Na rozgrzane do czerwoności kamienie pieca leje się wodę i wnętrze łaźni wypełnia wonna para, która ogrzewa się do temperatury kilkudziesięciu stopni. Należy teraz położyć się na ktorejś z półek i spokojnie leżeć, głęboko oddychając. Tym, którzy są w bani po raz pierwszy, nie polecam najwyższej półki, temperatura pary sięga tam ponad 90°. Ale i na niższych półkach trudno z gorąca wytrzymać. Skóra poci się wszystkimi porami, które otwierają się szeroko. Tymczasem na kąpiących się czekają nowe tortury: do rytuału należy polewanie się na przemian zimną i gorącą wodę oraz wzajemne smaganie się brzozowymi witkami. I wreszcie na koniec należy wybiec (oczywiście nago) z rozgrzanej bani i wskoczyć do najbliższej wody, zimą można zanurzyć się w przeręblu lub wytarzać w śniegu. Taka kąpiel wyciąga z ciała zarówno zmęczenie, jak i wszelkie choroby, a samopoczucie po niej jest wspaniałe, czlowiek naprawdę czuje się jak nowo narodzony.

Molenna w Wodziłkach została zbudowana w 1921 r., a ośmioboczną wieżę przybudowano do niej w 1928 r. Jest to budowla drewniana, pomalowana na niebiesko, z ośmioboczną wieżą, nakrytą stożkowatym dachem zwieńczonym baniastą kulą, nad którą góruje charakterystyczny osmiokończysty krzyż. Wnętrze świątyni dzieli się na trzy części: przedsionek, pomieszczenie dia wiernych i wyraźnie oddzielone specjalne pomieszczenie, zwane swiataja swiatych, w ktorym nastawnik ze swymi pomocnikami odprawia nabożeństwo. Wyposażenie molenny jest skromne i proste, nie przypomina cerkwi ani koscioła: drewniane ściany, kilka ksiąg, ikony, krzyże. Niegdyś przechowywano tu cenne stare ikony i księgi z okresu przed reformami Nikona. Niestety, część z nich zrabowali złodzieje, pozostałe z najcenniejszych świętych ksiąg i ikon nastawnik i wierni trzymają w domach. Wśród ksiąg zachowanych w Wodziłkach jest XVII-wieczny Psałtyr w grubych twardych okładkach, zapinany na specjalne klamry zastiażki.


Nabożeństwo w molennie, w którym niegdyś miałem okazję uczestniczyć, jest niezwykłe i niepodobne do nabożeństw kościelnych i cerkiewnych, choć może wydać się długie i monotonne. Kieruje nim nastawnik. Wspóna modlitwa polega na odczytywaniu, a właściwie odśpiewywaniu fragmentów świętych ksiąg przez parafian, których wskazuje nastawnik. Co pewien czas wierni padają na kolana na przyniesionych w tym celu barwnych dywanikach i biją pokłony głową ku ziemi. Pokłonom towarzyszy dwukrotne chóralne Alliłuja (w kościele prawosławnym Alliłuja powtarza się trzykrotnie) i znak krzyża wykonany dwoma palcami (w kościele prawosławnym trzema). Nabożeństwa w wodziłkowskiej cerkiewce odbywają się obecnie raz na miesiąc.

Dzisiejsze Wodziłki to w zasadzie kilka gospodarstw skupionych wokół cerkiewki w szerokiej dolinie Szeszupy i parę dalszych gospodarstw na koloniach rozrzuconych po malowniczej, pagórkowatej okolicy. Niektóre domy są drewniane, z ganeczkami. Jak już wspomniałem, obecnie mieszka tu dziesięć rodzin staroobrzędowców o nazwiskach Nowikow, Markow, Ponomariow, Alfimow. Imiona są typowo rosyjskie, jak Nina czy Ksenia; niekiedy brzmią jakby archaicznie: Achricinija, Jewstinij. Więcej takich imion znaleźć można na nagrobkach na miejscowym cmentarzu, cennym świadectwie ponaddwustuletniej historii Wodziłek.

 

POWRÓT