Emilia Sukertowa-Biedrawina

 

FILIPONI NA ZIEMI MAZURSKIEJ

 

POWRÓT

 

W okresie międzywojennym, kiedy w Rzeszy niemieckiej wzmógł się ruch turystyczny, kiedy wszczęto propagandę w kierunku zainteresowania szerokich mas ludności Niemiec „odwieczną kolonią niemiecką“ - Prusami Wschodnimi - jako jedną z atrakcji wysunięto na pierwszy plan filiponów[1] w trzydziestych latach XIX wieku osiadłych w powiecie mrągowskim, 24 km w linii powietrznej na południowy wschód od Mrągowa, ówczesnego Ządzborka. Rosyjska enklawa, „szczątek Rosji w Prusach Wschodnich“. To fascynowało turystów. Tłumnie ciągnęły wycieczki hitlerowców, zwłaszcza młodzieżowe.

 

Przede wszystkim zaciekawiał jedyny w Rzeszy niemieckiej egzotyczny klasztor filiponek w Wojnowie z jego osobliwym wnętrzem, kaplicą z kolekcją obrazów bizantyjskich różnej wielkości, mosiężnymi krzyżami sześcioramiennymi. Z niekłamaną ciekawością zaglądano przez niewielkie szybki w drzwiach do cel, gdzie pracowały mniszki, przeszkadzano w wypełnianiu ich obowiązków, buciorami zanieczyszczano idealnie białe, szorowane podłogi i chodniki - „szmaciaki“, tkane przez pracowite filiponki. Zaczęły przeto zakonnice utrudniać penetrowanie wszystkich kątów, pobierać opłaty od zwiedzających.

 

W zbiorach Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Olsztynie znajduje się odpis listu, zdobytego w 1945 r. przez autorkę artykułu, kierownika ówczesnego Instytutu Mazurskiego, w dawnym lokalu Bund Deutscher Osten w Olsztynie przy ul. Partyzantów, a wystosowany przez znanego na terenie Mazur antypolskiego działacza, Tiskę, 3 czerwca 1936 r. na ręce Parteigenosse Hoffmanna w Mrągowie.

 

Z pisma tego wynika, że Tisce opowiadał dyrektor sądu ziemskiego Wessel, jakoby krewnych jego, którzy pragnęli zwiedzić klasztor, odźwierna zapytała, jakiej są narodowości, gdyż dla Polaków wstęp jest wolny, a Niemcy obowiązani są uiszczać opłatę. Wiadomość ta wydawała się Tisce nieprawdopodobna, ale - jak pisze - potwierdzona została przez świadków. Polecił przeto Tiska mężowi zaufania sprawdzić, „co się tam dzieje, czy się tam nie uważają jako »zagranicę«, że Niemców opodatkowali!“ Jaka odpowiedź nadeszła - nie wiadomo. Musiało jednak być coś w tym prawdy, skoro autorzy książki Deutsches Grenzland Ostpreußen[2] podają z oburzeniem, iż turystom niemieckim zakonnice w Wojnowie kazały płacić za to, że pozwolono im zajrzeć przez otwór w drzwiach - „judasza“ - do celi, gdzie szyły na maszynach.

 

Faktem jest, że filiponi życzliwie odnosili się do ludności polskiej - Mazurów, z którą zżyli się w ciągu stulecia.

 

Dziś pozostało stosunkowo niewielu potomków owych uchodźców rosyjskich; spotkać ich można w niektórych wsiach, założonych przez pradziadów: w Wojnowie, Onufryjewie, Piaskach, Zameczku, Gałkowie, czyli na zachód i na wschód od rynnowego Jeziora Bełdańskiego i nad rzeczką Krutynią.

 

Dzisiejsi filiponi mają niezbyt dokładne pojęcie o dawnych dziejach, o przodkach swoich, zdają sobie jednak sprawę z tego, że są rosyjskiego pochodzenia, o czym dziś jeszcze świadczą niektóre zachowane tradycje i zwyczaje. Mazurzy, którym udało się ostać nawałnicy wojennej, nie pamiętają, co im o staroobrzędowcach rosyjskich podawały gazety i kalendarze niemieckie w 1930 r. w związku ze stuletnim jubileuszem.

 

W Polsce mało stosunkowo interesowano się rosyjskimi staroobrzędowcami w powiecie mrągowskim. W okresie międzywojennym jedynie Jędrzej Giertych[3] i Melchior Wańkowicz[4] poświęcili im po jednym rozdziale w swoich publikacjach. W Polsce Ludowej zajmował się specjalnie literaturą staroobrzędowców rosyjskich XVII i XVIII wieku prof. dr Wiktor Jakubowski, który wydrukował w czasopiśmie „Slavia Orientalis“ (1961, s. 81-103) artykuł pt. Z historii kolonii staroobrzędowców rosyjskich na Mazurach.Praca ta jest tym cenniejsza, że autor przebywając w Olsztyńskiem w sierpniu 1959 roku w Wojnowie zebrał dane od przełożonej tamtejszego klasztoru Spas-Troickiego, później podczas pobytu w ZSRR zapoznał się z materiałami w księgozbiorach leningradzkich i moskiewskich, jak również z informacjami udzielonymi mu przez głowę staroobrzędowców na Łotwie i innych działaczy „bezpopowszczyzny“. Prostuje przeto nieścisłości podawane o powstaniu sekty filiponów w pismach wschodniopruskich i niemieckich. Zadaniem Wiktora Jakubowskiego było „zbadanie staroobrzędowców mazurskich głównie od strony życia religijnego, powiązanie z innymi odłamami starego obrzędu w Rosji“ (według listu z 23 III 1961 do autorki).

 

Stroną językową staroobrzędowców mazurskich zajmował się prof. dr Anatol Mirowicz z Uniwersytetu Warszawskiego, który z dwiema swoimi asystentkami prowadził badania językowe w Wojnowie i wsiach okolicznych. Jedna z asystentek, Iryda Grek-Pabisowa przygotowała na ten temat rozprawę doktorską, publikując dwa artykuły[5].

 

Wreszcie socjolog Lili Maria Szwengrub z Warszawy, która na temat zagadnień staroobrzędowców wykonała pracę magisterską, opublikowała jej fragment[6].

 

 

Filiponi w piśmiennictwie niemieckim

 

 

Pisarze niemieccy interesowali się sektą rosyjską: „raskolnikami“ czy „staroobrzędowcami“, tj. odszczepieńcami od cerkwi prawosławnej. Już w 1799 r. Jackstein w „Neue Berliner Monatsschrift“ nakreślił pociągający i wierny obraz życia filiponów[7]. W związku z tym artykułem w 1802 r. historyk Schloezer w tymże berlińskim czasopiśmie podał wyciągi z dzieła arcypasterza Andrzeja Joannowa, do którego historyk Rosji Strahl w rocznikach 1824 i 1825 „Kirchenhistorisches Archiv“, wydanych przez Staudlina, dorzucił nieco wiadomości.

 

Skoro tylko koloniści rosyjscy osiedli w powiecie mrągowskim, poczęto im się bacznie przyglądać, studiować ich zwyczaje, śledzić pracę. W czerwcowym numerze z 1833 r. poczytnego wówczas w Prusach Wschodnich miesięcznika „Preußische Provinzial-Blätter“ pojawił się przychylny artykuł pastora Schulza[8] z Pisza, który podzielił się wrażeniami, odniesionymi w terenie.

 

Naocznym świadkiem kolonizacji, który z zapałem i pewnym poświęceniem oddał się długoletnim studiom nad zagadnieniami filiponów, był Marcin Giersz, nauczyciel i kantor w Mikołajkach, pracował on tam bez przerwy od 1828 do 1835 r. Owocem jego badań stało się obszerne dzieło, liczące 38 rozdziałów, czyli 450 stron starannego rękopisu, który autor złożył na ręce lipskiego profesora, doktora Franza Tetznera. Wobec zbytniej drobiazgowości w opisach nie znalazł nakładcy. Na propozycję dokonania skrótów Giersz nie wyraził zgody. W różnych czasopismach ogłoszono drukiem poszczególne rozdziały tej pracy.

 

Dość obszerną rozprawę zamieścił rektor Ządzborka, E. Titius, w IX, X, XI i XII tomie „Die neuen Preußischen Provinzial-Blätter, dritte Folge (1864—1866 r.)“. Prof. dr Franz Tetzner wykorzystał złożony u siebie materiał Giersza w artykule wydrukowanym w czasopiśmie „Globus“[9] nie powołując się zupełnie na autora. W 1910 r. opublikował Franz Tetzner trzy rozdziały pracy Giersza, zaopatrzywszy je krótkim wstępem oraz spisem treści pozostałych[10] W 1912 r. ponownie wykorzystał wieloletni dorobek Giersza na 36 stronach, zadowalając się podaniem na wstępie bibliografii z zaznaczeniem, że rękopisy Giersza znajdują się w jego posiadaniu.

 

Zagadnieniu filiponów poświęcili nieco uwagi różni autorzy niemieccy, jak August Ambrassat, Max Toeppen, Karol Templin, Harry Schumann, Albert Zweck. Fritz Skowronnek nie tylko w książce Das Masurenbuch, ale podobnie jak brat jego Richard zaczerpnął tematy do szeregu zręcznych, barwnych nowel z życia tych sekciarzy rosyjskich.

 

Przed stu laty, kiedy staroobrzędowcy rosyjscy zapuszczali korzenie w glebę mazurską, nie wróżono im długiej egzystencji, uważano za skazanych na wymarcie. Jednak przetrwali 130 lat w powiecie mrągowskim, chociaż liczba ich spadła znacznie.

 

 

Powstanie sekt w cerkwi prawosławnej

 

 

Rozłam w cerkwi prawosławnej przechodził dwa okresy: pierwszy przypadł na rok 1419; początek drugiego, który spowodował oderwanie się sekt, sięga pamiętnego roku 1667, kiedy to patriarcha moskiewski Nikon, człowiek światły, nakazał skorygowanie Biblii i ksiąg liturgicznych, które (w ciągu wieków przepisywane przeważnie przez niewykształconych mnichów) roiły się od błędów. Ciemne, przesądne masy, przywiązane do starych ksiąg, zbuntowawszy się, odpadły od cerkwi.

 

Były to czasy wielkiego zamętu. Panowanie ówczesnego cara - Aleksieja Michajłowicza - przypadło na okres silnego rozwoju feudalizmu i odznaczało się specjalnym nasileniem walk klasowych. Już w 1648 r. wybuchło w Moskwie powstanie. Po ogłoszeniu w następnym roku nowych praw (zatwierdzonych przez cara Aleksieja i Sobór, czyli przedstawicieli posesjonatów), wielce krzywdzących masy chłopów pańszczyźnianych i proletariat miejski, powstanie objęło Nowogród, Psków i inne ziemie zachodnie. Wojny z Polską, Szwecją i Tatarami krymskimi wywołały kryzys gospodarczy. W 1662 r. rozgorzała ponowna rewolucja w Moskwie. Porządek przywrócono straszliwym terrorem. Palące stało się zagadnienie zagrożonych: gdzie się skryć, dokąd uciekać. Zarządzenie patriarchy Nikona wypadło właśnie w czasie najwyższego wzburzenia umysłów, zwłaszcza ciemnych mas, które opanowała psychoza.

 

Władze carskie zastosowały daleko idące represje. „Raskolnicy“ ratując się ucieczką osiadali na odległych krańcach państwa na Syberii, a pop Daniło Wikułow założył w Pustyni Wygowskiej nad Morzem Białym klasztor. Co dziwne, odegrali tam wybitną rolę dwaj bracia Denisowowie, Andrzej i Szymon, pochodzący z rodu kniaziów Myszełckich[11]. Andrzej uważany był za uczonego. Po jego śmierci chłop Fotij, sługa Denisowa, przyjął imię Filipa, ogłosił się przeorem klasztoru wygowskiego.

 

Kiedy bractwo nie uznało samozwańca dla braku kwalifikacji, Filip oderwał się wraz z 50 mnichami i założył klasztor w odległości 50 wiorst od poprzedniego. Przez ziemie nowogrodzką i pskowską przenieśli się inni odszczepieńcy do Szwecji i Polski, gdzie niejaki Teodozjusz - Fiedosiej - założył sektę fiedosiejewców. Zasady obu tych sekt niewiele się różniły. Opierając się zasadniczo na Biblii i księgach Ojców Kościoła, nie uznawały stanu duchownego, odrzucały przysięgę, modlitwy za cesarzy, uznawały tylko 2 sakramenty: chrztu i spowiedzi. Według wierzeń sekciarzy antychryst zapanował nad światem. Odrzucono przeto małżeństwa, bowiem przez rozmnażanie rodu ludzkiego czart gruntował swoją potęgę. Nie strzyżono bród i włosów, oczekiwano końca świata. Ideałem obu sekt stała się śmierć męczeńska, co spowodowało masowe samobójstwa.

 

Tak fiedosiejewcy, jak filiponi, przeważnie analfabeci, nie uznawali potrzeby prowadzenia ksiąg ze spisami chrztów, ślubów, zgonów, ustalania nazwisk, nie uznawali służby wojskowej, przysięgi itd. Zwolennicy Filipa przyjęli najskrajniejszą regułę. Pogardzając życiem ziemskim dobrowolnie ginęli na stosach.

 

Według jednej wersji Filip miał przyjąć nazwisko Pustoswiet i przybyć na Białoruś. Według innej wersji pomieszano postać Filipa z Nikitą Pustoswietem[12], wybitnym opozycjonistą z czasów powstania moskiewskiego w 1681 r.

 

Według Jacksteina pierwsi filiponi mieli przybyć do Rzeczypospolitej Polskiej jeszcze przed owym powstaniem. Osiedli w okolicach Witebska: w Rzeczycy, Łojewie aż po Brasław na Inflantach, dalej pod Suwałkami, Sejnami, Augustowem i Łomżą. Administratorzy dóbr królewskich i magnackich chętnie ich zatrudniali. Staroobrzędowcy podejmowali się doprowadzenia puszcz do stanu kultury: rąbali lasy, karczowali, byli doskonałymi rybakami, sadownikami, tenutę dzierżawną płacili regularnie[13]. Według Alberta Weissa już w 1733 r. synod w Zamościu zajmował się zagadnieniami filiponów[14].

 

O powrocie do Rosji myśleć nie mogli, bowiem dola odszczepieńców - „raskolników“ - była nie do pozazdroszczenia, mimo że polityka carów w stosunku do nich przybrała z czasem kurs łagodniejszy (należy pamiętać, że Piotr I całe życie walczył z nimi). Najostrzejsze środki stosowane były przeciwko tym, którzy wywędrowali za granicę. Za to, że „wyrzekli się ojczyzny“, skazano ich zaocznie na śmierć polityczną i anatemę. W 1722 r. wyszło zarządzenie, na mocy którego sekciarze w Rosji obowiązani byli nosić specjalnie przepisany strój, aby odróżniać się od ogółu poddanych carskich (kobiety, na przykład, musiały nakładać czapki „rogate“).

 

Katarzyna II obiecała przebaczyć tym, którzy nawrócili się i powrócili do kraju, a w 1762 r. pozwoliła filiponom na noszenie bród oraz zwykłego ubrania.

 

Po ostatnim rozbiorze Rzeczypospolitej filiponi znaleźli się w obrębie Prus Nowowschodnich, gdzie poczęto ich traktować na równi z menonitami, albowiem tak jak ci nie uznawali przysięgi i służby wojskowej, byli wrogami wojen i przelewu krwi.

 

Na terenie Prus Nowowschodnich liczono 950 rodzin staroobrzędowców, czyli około 5000 dusz (stąd zainteresowanie prasy i nauki niemieckiej zagadnieniem filiponów). Siedzieli ci sekciarze głównie wśród puszcz, z dala od miast, od władz kościelnych. Badanie ich życia było bardzo utrudnione.

 

Po kongresie wiedeńskim i utworzeniu Królestwa Kongresowego znaczna liczba filiponów przypadła Polsce, gdzie się nimi nie przejmowano.

 

Faktem jest, że filiponi, którzy przybyli z Polski do powiatu mrągowskiego, mieli mętne pojęcie o swej przeszłości i o założycielach sekty, jak to uwidocznione jest w sprawozdaniu sędziego ziemskiego Roedebecka w Mikołajkach z 8 stycznia 1834 r.[15]. Nie znali oni imienia Filipa, a takiego świętego wcale nie czcili. Stąd przypuszczenie, że pomylono Filipa znad Wygu z Nikitą Pustoswietem. Tak samo niewyraźnie przedstawia się sprawa fiedosiejewców.

 

O tym, że filiponi osiedli w Polsce w XVII wieku, podaje prezes trybunału cywilnego pierwszej instancji II oddziału przy województwie augustowskim Józef Chwalibóg, w piśmie do królewskiej komisji sprawiedliwości w Warszawie, datowanym 8/20 maja 1836 r.[16] w Suwałkach. Twierdzi on, że jedni filiponi uważają, iż nie ma różnicy między wierzeniami filiponów a innych starowierców, a Jafim Borisow, brat inicjatora emigracji do Prus Wschodnich, Sidora Borisowa, zeznał że mała część filiponów przywędrowała do Polski i że fiedosiejewcy są do filiponów zaliczeni. Marcin Giersz[17] zapewnia, że filiponi w powiecie mrągowskim nie są filiponami, lecz fiedosiejewcami, że to właśnie mnich unijny Kulczyński, który nie zna innych staroobrzędowców poza filiponami, pracą Specimen eccesiae Rutheniae (Romae 1733, 8 part. l pag. 132)[18] 18 wprowadził opinię w błąd. Fiedosiejewcy nie zaprotestowali i tak pozoistało. Trudno jednak było wymagać od analfabetów albo półanalfabetów rosyjskich, aby wiedzieli, co o nich pisano, w dodatku po łacinie.

 

Albert Zweck zapewnia również, że „nasi filiponi w powiecie mrągowskim nie są filiponami, lecz fiedosiejewcami“. Marcin Giersz przyszedł do przekonania, że skoro niewłaściwa nazwa zakorzeniła się, należy uważać obie nazwy za jednoznaczne.

 

 

Przyczyny emigracji z Polski

 

 

Na ogół staroobrzędowcy nie zdradzali się z tym, jakie powody skłoniły ich do opuszczenia Polski. Kobiety - mniej skryte - twierdziły, że w Polsce nie było im źle, tylko drzewa brakowało[19], a filiponi lubią ciepło w izbie. Kantor Giersz, który był zaciętym wrogiem katolicyzmu, a który przesiadywał z chłopami filipońskimi całe dnie, indagował, wyciągał, co się dało, sugerował - twierdził, że mieli zeznać, jakoby duchowieństwo katolickie[20] i władze świeckie po 1807 r. wszczęły prześladowanie oraz przeszkadzały w wypełnianiu praktyk religijnych.

 

Władze polskie istotnie żądały wprowadzenia ładu w osiedlach sekciarzy, przede wszystkim zorganizowania urzędu stanu cywilnego oraz powołały rekruta. To właśnie spowodowało oburzenie i opór. Właściwy powód emigracji był jednak natury wewnętrznej.

 

W województwie augustowskim istniały dwie parafie staroobrzędowców: Głęboki Rów w starostwie augustowskim i Pogorzelec w starostwie sejneńskim. Pierwsza była liczniejsza, miała wówczas duszpasterza, czyli „starika“, Jafima Borisowa, fanatyka, reakcjonistę, którego wielu współwyznawców uważało za świątobliwego.

 

W Pogorzelcu „starik“ Wasil Maksimow był człowiekiem rozsądnym, postępowym. Obaj wyjechali do Warszawy w 1822 czy 1823 r., uzyskali audiencję u wielkiego księcia Konstantego w Belwederze. Prosili o cofnięcie nakazu zaciągania do wojska filiponów, było to bowiem sprzeczne z zasadami ich wyznania - Konstanty słuchać o tym nie chciał. „Aby im dać możność i czas do namysłu“, kazał ich uwięzić w pałacu belwederskim. Po dwóch tygodniach zostali zwolnieni przez namiestnika gen. Zajączka, który skorzystał z wyjazdu księcia i pozbył się więźniów.

 

Między Wasilem a Jafimem nastąpiło nieporozumienie; pierwszy, nie widząc szans zwycięstwa w walce z władzami, wpłynął na swoich współwyznawców, aby podporządkowali się nakazom, sam zgodził się objąć stanowisko urzędnika stanu cywilnego, zaprowadził spisy chrztów, ślubów i zgonów swoich parafian[21].

 

Natomiast w Głębokim Rowie Jafim Borisow uważał kolegę Wasyla Maksymowa za kacerza, poganina, odszczepieńca, nie pozwolił grzebać postępowych filiponów na cmentarzu, wypowiedział walkę władzom - zyskawszy zwolenników nawet w Pogorzelcu.

 

Władze polskie usunęły Jafima Borisowa, zamknęły dom modlitwy w Głębokim Rowie, zmuszając parafian do uczęszczania na nabożeństwa do Pogorzelca. Zwolennicy Wasyla mieli potajemnie zabrać księgi kościelne z Głębokiego Rowu. Stronnicy Jafima urządzili potajemną „malennę“, dom modlitwy, on zaś sam, obrażony i rozdrażniony, zwrócił się do króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III, aby pozwolił mu przenieść się do Prus Wschodnich.

 

W owym czasie w najbliższym sąsiedztwie granicy polskiej miały być sprzedane z licytacji znaczne obszary, lecz jak to ogłaszały organa rządowe, dla braku nabywców licytacje nie dochodziły do skutku.

 

Nic przeto dziwnego, że władze pruskie skwapliwie przyjęły propozycję filiponów, uważały za korzystne zdobycie pewnej liczby czynszowych chłopów rosyjskich. Sądząc z najdawniejszych dokumentów, jakie się przechowały, pertraktacje rozpoczęto w czerwcu 1825 roku prawdopodobnie z ramienia Jafima Borisowa, Fomy Iwanowa, Simona Iwanowa, Nikity Kondratta, Aleksego Maksimowa i innych[22]. Rząd pruski dał im do wyboru: domenę Smietki w powiecie mrągowskim, folwarki Skomacko i Ogródki oraz „puste gospodarstwo“ we wsi Ogródek w pow. ełckim, Cimochy w oleckowskim, obszar przy wsi Kowalik, w okolicy Turośli, Uścian, Działu Orzyskiego, Głodowa, Zdunowa w powiecie piskim. Hipoteki Skomacka i Ogródków zbytnio były obciążone, toteż filiponi 6 października 1826 r., za zgodą władz pruskich zrezygnowali z tych obszarów. W miejscowościach powiatu piskiego „ziemia nie nadawała się do uprawy lnu i cebuli“[23]. Wszczęto przeto pertraktacje o 5000 morgów w nadleśnictwach Mikołajki i Krutynia.

 

W 1826 roku miało osiąść 300 rodzin filipońskich. Wystąpili w ich imieniu Sidor (Izydor) Borisow, brat „starika“, Foma Iwanów i trzej inni. Władze w Augustowie zgodziły się na wydawanie paszportów zamierzającym emigrować. W aktach znajduje się dokument w języku polskim po jednej stronie arkusza, w języku niemieckim po drugiej:

 

Działo się w Warszawie dnia 23 m-ca sierpnia 1826 r.

 

Dyrekcya Administracji Komissya Rządowa Spraw Wewnętrznych i Policyi uwiadamia Piotra Iwanowa, iż wniesioną od siebie prośbę Jego w imieniu mieszkańców Głębokiego Rowu o udzielenie im paszportu na przeniesienie się do Prus, w dniu dzisiejszym Komisya Województwa Augustowskiego odesłała z poleceniem załatwienia takowey bezzwłocznie podług przepisów.

 

Minister Prezydujący w zastępstwie Rada (?) Stanu Radoliński

Sekretarz Generalny Karski

 

 

Do Piotra Iwanowa włościanina Głębokiego Rowu

 

W myśl pisma ministra finansów w Berlinie, skierowanego do przedstawiciela rządu królewskiego w Gąbinie dnia 30 lipca 1826 r., przeznaczono na parcelację następujące obszary:

 

2600 morgów między wsią Świńskim Laskiem (Dietrichswalde), dziś zwaną Wólką, nie opodal Rucianego, a wsiami: Małym Śwignajnem i Uktą w leśnictwie Mikołajki,

700 morgów w tymże leśnictwie w rewirze Warnhold

800 morgów między wsiami Rosochą (Jaegerswalde) i Uktą,

900 morgów bagna nad Lupp Porschen i Polnischheide (nazwy te obecnie nieznane).

 

Razem 5000 morgów za 24141 talarów, i 13 srebrnych groszy i 4 fenigi.

 

Zaznaczyć należy, że w owym okresie cena ziemi w Prusach Wschodnich była bardzo niska. Czyli że filiponi uzyskali duży obszar lasów na niezmiernie dogodnych warunkach, gdyż na spłaty w ratach bardzo korzystnych: 6 lat wolnych od opłaty podatków, musieli jednak nabyć drewno na budowę, świątynię wznieść na własny koszt, z własnych funduszów opłacać duchownych i nauczycieli.

 

Dekretem z 5 grudnia 1825 r. król pruski obiecał, że jedno pokolenie filiponów, które osiądzie na nieuprawnej roli, zakupi ziemię, wykarczuje i pobuduje się, zwolnione będzie od służby wojskowej.

 

Polskie paszporty wystawiono między 1 maja 1829 r. a 30 stycznia 1830 r. Aktów kupna dokonano między 1 października 1829 r. a 1 sierpnia 1832 r. Należność winni byli filiponi uiścić w ciągu 2-3 lat. Sprawę pośrednictwa między filiponami a władzami oraz przeprowadzenie kolonizacji poruczono w 1825 r. nadleśniczemu Eckertowi.

 

 

Pionierzy filipońscy

 

 

Staroobrzędowcy nie byli męczennikami za wiarę jak bracia czescy, hugonoci, arianie polscy i salzburczycy, którzy - uchodząc przed prześladowaniem swoich władz, majątki pozostawiali na pastwę losu, ratując jedynie życie, korzystali z azylu, jakiego im udzielono w Prusach, nazwanych Wschodnimi. Nawet historyk Max Toeppen[24] uważa, że warunki w Kongresówce nie były takie złe, skoro filiponi nie spieszyli się zbytnio, skoro pertraktacje, a potem przeprowadzka ciągnęły się całymi latami. Landrat ówczesny powiatu ządzborskiego, Łyśniewski, który wielokrotnie pertraktował i konferował z czołowymi przedstawicielami kolonistów i wiele miał z nimi utarczek i kłopotów, był zdania, że filiponi czuli się tak samo „w domu w Rosji, w Królestwie Kongresowym, jak na Wołoszczyźnie i w Galicji“. Uczucie miłości ojczyzny było im obce: tam była ojczyzna, gdzie się czuli dobrze. W „nowej ojczyźnie“ ziemię nabyli na niezwykle korzystnych warunkach, płacąc 5 talarów za mórg, a drzewa było w bród.

 

Pierwszymi osadnikami, którzy pojawiają się na terenie 7 czerwca 1830 r., są Onufry Jakoblew, Roman Maksymow i Czichan vel Szczepan Grigorow[25] z rodzinami i służbą. Wszyscy oni nie używali nazwisk, tylko obok imienia chrzestnego - imię ojca, czyli „otczestwo“. W aktach zachowało się zezwolenie generalnej dyrekcji podatków w Berlinie z 27 września 1829 r. na przepuszczenie przez komorę celną w Mieruniszkach całkowitego inwentarza martwego, jak: narzędzi rolniczych, sprzętu gospodarczego, 25 cetnarów niewodu i przyrządów rybackich oraz żywności, jak: zboża, kasz, mięsa do własnego użytku, a także koni, bydła itp. (wielka ilość sieci świadczy, że Onufry i jego towarzysze prowadzili rybołówstwo na wielką skalę).

 

Onufry Jakoblew urodził się w guberni witebskiej 1778 r., wywędrował mając lat 20 i osiadł w Sejnach. Pracował przy budowie szos, czas jakiś zajmował się pośrednictwem handlu ziemią. Nie był fanatykiem, umiał zdobyć zaufanie władz pruskich. Paszport na wyjazd uzyskał 10 sierpnia 1827 r. Wieś założona na wschód od Jeziora Bełdańskiego, na północny zachód od Wejsun, nazwano imieniem Onufrego Jakoblewa - Onufrygowo, jego zaś obrano sołtysem.

 

Między Uktą a Wólką (Dietrichswalde) mieli osiąść: Fedor Izajew i inni jak świadczy podanie ich z 27 września 1829 r. Pismem z 26 marca 1831 r. pruskie ministerstwo skarbu poleca królewskiemu rządowi w Gąbinie przeznaczyć większe obszary między Uktą a Wólką dla 106 rodzin filipońskich z Fedorem Izajewem na czele. „Wobec tego należy udzielić im dłuższego terminu na wyrąb lasów i karczunek oraz uwolnić ich (podobnie jak to przyznano innym), na okres 6 lat od opłaty podatków. Wobec tego jednak - brzmi pismo - że cena drewna spadła o połowę, należy przychylić się do prośby filiponów i sprzedać im budulec po cenie zniżonej“. Ministerstwo przyrzeka poparcie i żąda, aby urząd królewski umożliwił jak najszybsze objęcie ziemi przez kolonistów. Wszystko ma być załatwione najpóźniej w okresie trzymiesięcznym. Identycznej treści dokument podpisał król Fryderyk Wilhelm III polecając traktować osadników, przybywających w 1831 r. na równi z tymi, którzy już poprzednio osiedli.

 

Od imienia założyciela Fedora wieś Osiniak otrzymała urzędową nazwę Fedorwalde. Nad rzeką Krutynią, niedaleko jeziora Duś, osiedli bracia Borysowowie, Sidor i Jafim, którzy urodzili się w Wojnowie w guberni witebskiej jako synowie chłopa pańszczyźnianego. Przybyli do Sejn jako robotnicy, z czasem zostali rolnikami. Założoną przez siebie wieś nazwali na pamiątkę wsi rodzinnej Wojnowo (Wejnowo). A choć urzędowo nadano nazwę wsi Eckertsdorf celem uczczenia nadleśniczego Eckerta, nazwa Wojnowo przetrwała; często spotyka się też w aktach „Okartowo“. W Wojnowie osiadł znany w swoim czasie budowniczy dróg bitych Fedor Izajew, przezwany Malewan albo Malowany, oraz słynny z warcholstwa bogacz Foma Iwanow.

 

We wsi Ładne Pole wybrano sołtysem Iwana Kuźmina, syna gospodarza spod Wilna. Był on z zawodu konowałem, tj. weterynarzem. Charakterystyczne jest, że podczas gdy leczenie ludzi uważano ze stanowiska religijnego za grzech, jako sprzeciwianie się woli Boga, który zsyła choroby - leczenie koni było widocznie dozwolone. Kuźmin był jak inni analfabetą

 

Dnia 30 maja 1831 r. nadleśniczy Eckert donosi władzom w Gąbinie, że Szczepan Grigonow - jeden z nielicznych filiponów, który podpisywał się rosyjskimi literami, a nie krzyżykami, jak inni jego współwyznawcy - wyjechał do Polski i nie wrócił, a to z tego powodu, że w Mariampolu i Sejnach wybuchły „rozruchy“ i granica została zamknięta. Ponadto Eckert podaje do wiadomości, że w niektórych miejscowościach na pograniczu, jak w Jeżach i Dłutowie (w powiecie piskim), wybuchła cholera, wobec czego władze zarządziły kwarantannę, toteż nie można się spodziewać przybycia dalszej partii kolonistów[26]. (Szczepan nie wrócił już, gdyż zmarł w Polsce).

 

Nie jest zatem ścisła wiadomość, lansowana przez różnych autorów niemieckich, jakoby wybuch powstania przyspieszył emigrację filiponów do Prus Wschodnich. Na ogół przenosiny starowierców z polskiego pogranicza za kordon przewlekały się. Jak z treści dokumentu datowanego 1 marca 1833 r. wynika, jeszcze nie wszyscy filiponi z Polski przybyli, gdyż tylko część posiadała polskie paszporty. „6-10 rodzin uzyskało je dopiero w końcu roku ubiegłego, a ściągnąć ich nie można. Zjawią się wraz z inwentarzem, żywnością i zbożem pod zasiew dopiero po ustąpieniu zimy“[27]. Na ogół nie wszyscy zamierzający przesiedlić się otrzymali dowody osobiste, niektórzy odstąpili swoje przydziały innym współwyznawcom.

 

Władze pruskie pozytywnie ustosunkowały się do osadników. Przedstawiciel rządu w Gąbinie w piśmie z 27 sierpnia 1832 r. do ministerstwa skarbu w Berlinie orzekł, że nie jednostki-przybłędy poszukujące przygód osiadają, lecz zwarta masa o surowym rytuale, która odznacza się spokojnym zachowaniem, umiarkowaniem, pracowitością, pilnością i zręcznością. Są to dobrzy rolnicy, rybacy, rzemieślnicy, a przy tym zamożni[28] 28. Ważnym atutem filiponów była ich abstynencja.

 

Zdanie to podzielał kaznodzieja Schulz z Pisza, który wraz z aptekarzem Schlossem i rektorem Schragem zwiedził kolonię wiosną 1833 r. Schulz stwierdził, że skoro tylko osiedlili się nad Krutynią, w puszczy bezludnej wykopali sobie ziemianki, pokryli dachem, a kiedy obszar jakiś został wymierzony, po dokonaniu wyrębu prymitywnymi pługami, zaprzężonymi w jednego konia, udają się na poręby, a za pomocą bron, sporządzonych z gałęzi świerków, spulchniają ziemię, sieją jare, a po upływie 4-5 tygodni wiele setek morgów pokrywa się runią Dopiero po obsianiu poręb zabierali się do stopniowego karczunku oraz przygotowania belek i desek do budowy domów, które wznosili umiejętnie, dbając o wewnętrzną wygodę.

 

Filiponi - jak twierdzi Schulz - zadali kłam powszechnemu twierdzeniu, że ziemia mazurska jest nieurodzajna, niewdzięczna, że nie warto poświęcać jej czasu i trudu. Była to ziemia przeważnie IV, rzadko gdzie III klasy. Że filiponi intensywnie pracowali, świadczy dokument z 8 stycznia 1834 r w którym stwierdzono, iż domy ich już pobudowane, ziemia przeważnie wykarczowana[29].

 

 

Stabilizacja staroobrzędowców na Mazurach

 

 

Siedząc od końca XVII wieku na ziemiach polskich wśród ludności polskiej, uchodźcy rosyjscy opanowali język polski. Jak widać z dokumentów - pertraktując z władzami pruskimi porozumiewali się przy pomocy przysięgłego tłumacza polskiego. Piszący o filiponach albo akt w rękach nie mieli albo też pobieżnie jeno przeglądali, nie zwrócili uwagi na ten szczegół, a może rozmyślnie pominęli milczeniem szereg dokumentów. Nawet sumienny i drobiazgowy Marcin Giersz oraz rektor Titius (widocznie uważali to jako objaw normalny) ani słówkiem nie wspomnieli o tym, że 5 maja 1832 r. w Mikołajkach treść niemieckiego aktu przed podpisaniem odczytał filiponom w polskim tłumaczeniu „przysiegły tłumacz polski Skopnik“.

 

15 maja tegoż roku w obecności Eckerta w Mikołajkach podsygnowali trzema krzyżykami mieszkańcy Ukty: Piotr Jakoblew, Piotr Prokofiejew, Piotr Jarafiejew i Siemion Jakoblew dokument, w którym zaznaczono: obgleich Emmigranten nur Polnisch sprechen, so begeben się sich dennoch der Führung des polnischen Nebenprotokolls[30]. I w tym wypadku figuruje nazwisko Skopnika. 9 maja 1835 r. przy podziale gruntów między kolonistów obecny był sekretarz rządowy (Regierungssekretär) Thomas w asyście „polskiego przysięgłego tłumacza Skopnika“.

 

Marcin Giersz, który z własnej woli uczył się języka rosyjskiego i starosłowiańskiego, aby móc zapoznać się ze starymi księgami filiponów, w długich rozmowach - zanim opanował język rosyjski - posiłkował się językiem polskim.

 

Przeniósłszy się z Polski do Prus Wschodnich, filiponi nie zerwali kontaktu z Polakami, przeciwnie, wspierali powstańców, ukrywali ich u siebie po domach, po lasach, narażając się władzom pruskim, które idąc na rękę władzom carskim ogłaszały w czasopismach urzędowych, żądając podania nazwisk i miejsc pobytu powstańców, ofiarując za to nagrody pieniężne. Nie słyszano, żeby ktokolwiek spośród starowierców zdradził powstańców. Podawali ich za krewniaków, współwyznawców, a jak twierdzi Max Toeppen, wyrabiali im dokumenty niemieckie. Jeszcze w 1839 r., po wprowadzeniu rejestracji przebywających czasowo, niejeden były powstaniec ukrywał się za dowodem filipona, jak zapewnia Marcin Giersz, a za nim podają inni autorzy, również Max Toeppen twierdzi, że legitymowali ich później za niemieckimi dowodami.

 

Ludność polska protestancka, która osiadała po wsiach założonych przez staroobrzędowców, łatwiej nawiązywała kontakt z kolonistami aniżeli niemiecka, która pogardliwie nazywała ich Heisswasserschlucker. Z początku filiponi mieli własnych nauczycieli, którzy uczyli dzieci swych współwyznawców nie tylko rosyjskiego, ale i polskiego języka. Szkołę publiczną w Wojnowie założyły władze pruskie w 1876 r., czyli w dwa lata po ostatecznym wyrugowaniu z planu zajęć języka polskiego. W 1877 r.[31] powstała szkoła w Ładnym Polu, w 1882 r. w Mościskach, 1898 r. w Osiniaku - wszystkie były dwuklasowe. Tylko w Ukcie istniała szkoła 3-klasowa, założona między 1797 a 1808 rokiem[32]. Nauczyciele zmuszeni byli nie tylko w pierwszej, ale nieraz i w drugiej klasie posiłkować się językiem polskim.

 

Franz Tetzner podaje[33], że przy zapisie dziatwy (w roku szkolnym zapewne 1900/1901) 173 mówiło tylko po polsku, 24 po polsku i po niemiecku (rosyjski język nie był brany pod uwagę).

 

Osiadając na zakupionych obszarach, koloniści obowiązani byli na własny koszt wykopać rowy graniczne szerokości 4 stóp i głębokości 3 stóp. Drewno z wyrębu było własnością skarbu państwa, który winien był je zabrać. O ile osadnicy podjęli się odstawiania bierwion na oznaczone miejsce, potrącało im się koszt dostawy od należnych skarbowi rat. Niestety, brak rąk roboczych i koni nie pozwolił kolonistom na wydatną pomoc przy eksporcie pni. Skarb państwa nie spieszył się z wywiezieniem drewna toteż kiedy zalegały poręby, pocięte drzewo w sagach drwale ustawiali na obszarach wykarczowanych, co uniemożliwiało uprawę roli. Wynikł spór, który oparł się nawet o króla. Skończyło się na tym, że kupiec z Koszalina podjął się wywiezienia ze wszystkich wsi drewna dębowego, brzozowego i lipowego z kultywowanych obszarów — 2490 sągów, a z nie kultywowanych — 3481 sągów. Filiponom przyznano jeszcze dwa lata wolne od podatków.

 

Wsie filipońskie powstały w następującym porządku poczynając od 1830 r.: Onufrygowo, Piaski, Kadzidłowo, Ładne Pole[34] (w księdze hipotecznej Dobre Pole), Zameczek, Gałkowo i Mościska. W 1833 r. powstały: Osiniak, Piotrowo, w latach czterdziestych Iwanowo. W „Insterburger Kreisbiatt“ z 12 października 1833 r. ogłoszono ustalone przez władze nazwy osiedli: Wilhelmshuld dla Onufrygowa - lecz ta nazwa nie przyjęła się i poszła w zapomnienie. Osiniak od założyciela otrzymał nazwę Fedorwalde, Piotrowo - Peterhain. Oficjalna nazwa Wojnowa brzmiała, jak już zaznaczono, Eckertsdorf, Okartowo. Mościska mianowały władze pruskie Nicolaihorst na intencję cara Mikołaja, a Kadzidłowo - Aleksanderhof ku czci jego poprzednika, lecz i ta nazwa się nie przyjęła, polski „Zameczek“ przetłumaczono na „Schlößchen“, Gałkowo, Kadzidłowo, Piaski otrzymały końcówkę „en“ - brzmiały: Galkowen, Kadzidlowen i Piasken, podobnie jak Onufrygowo - Onufrigowen.

 

Obszar sprzedany filiponom uważano za odwieczną puszczę, toteż wielkie było zdziwienie władz miejscowych, kiedy przy karczowaniu i kopaniu natrafiono na urny z okresu żelaza[35] w Wojnowie i Zameczku, cmentarzysko ciałopalne i monety rzymskie w Onufryjewie[36]. Później okazało się, że strony te nie były obce człowiekowi nawet z epoki kamiennej. W pobliskich Pieckach wydobyto harpun i ostrze dzidy z rogu z okresu neolitu[37], w Krutyni pod Starą Uktą - pierwszą siekierę kultury tzw. Lungby[38].

 

Okazało się po zbadaniu sprawy zalesienia tych obszarów, że sięgało ono połowy XVII wieku, kiedy władze książęcopruskie nakazały podniesienie bartnictwa. W celu zakładania nowych osiedli nadawano bartnikom parcele, za które płacili dzierżawę, natomiast otrzymywali na własność łąki, leżące wśród puszczy.

 

Łąki te z dawien dawna były własnością bartników polskich ze wsi: Nawiad, sięgającej 1397 r., oraz Piecek, założonej przez Pięcia z Muszaków[39] w 1401 r., wreszcie Wólki alias Świńskiego Lasku, przemianowanej w 1700 r. przez nowego nabywcę oraz nadzorcę puszczy, Dietricha Chrystiana Poikeina, na Dietrichswalde[40].

 

Bartnicy polscy nazywali okolice Zameczka „Jebór“. E. Titius przypuszcza, że jest to imię jakiegoś księcia staropruskiego, który mógł mieszkać w grodzie, od którego poszła polska nazwa Zameczek (ale czy to nie bartnicy polscy mówili: „tu je bór“?).

 

Do Jeboru przylegała bartnicka łąka Choszczka[41] (Chostka czy Kostka, Choszka, jak nazywali Niemcy), ogółem licząca 275 morgów. Przy parcelacji leśnych obszarów Eckert i inni nie zwrócili uwagi na to, że łąki te stanowiły enklawę, wrzynającą się w obszary, przyznane kolonistom, którzy tym bardziej nie orientowali się w sytuacji. Później dopiero wynikły trudności, filiponi nie mogli trzymać jednego wspólnego pasterza, musieli sami pilnować bydła, które wyrządzało bartnikom szkody i bywało fantowane. 20 stycznia 1834 r. sołtys Sidor Borisow i Foma Iwanów zwrócili się do króla ze skargą, na co otrzymali radę, żeby odkupili łąki lub oparkanili swe posiadłości. Trudno to było wykonać: chłopi z Piecków i Nawiad o wyzbyciu się swych łąk słuchać nie chcieli, a nikt ich nie mógł do tego zmusić, na parkany ani jedni, ani drudzy funduszy nie posiadali. Zaczęli się więc niektórzy filiponi buntować, rozmyślać nad tym, czy nie warto wrócić do Polski, gdzie po upadku powstania i licznych konfiskatach majątków cena ziemi znacznie spadła.

 

Siedzący nad Krutynią i jeziorem Dusiem osadnicy zaczęli zbyt często korzystać z ryb w wodach, przylegających do ich włości, czym narazili się władzom miejscowym. I znów w piśmie wiernopoddańczym, skierowanym do króla, Sidor Borisow, sołtys, i Fama Iwanow proszą o przyznanie im wolnego rybołówstwa, podając jako powód, że duchownym ich nie wolno używać mięsa, toteż potrzebny jest duży zasób ryb. Otrzymali jednak z kancelarii królewskiej odpowiedź odmowną, ze względu na uspławnienie Krutyni oraz dopływ do niej wody z jeziora Dusia, poradzono natomiast, żeby albo ryby dla swoich duszpasterzy kupowali, albo wydzierżawili jeziora, których w okolicy nie brak.

 

Pierwsi koloniści, którzy objęli włości, nie zawsze mogli pracy podołać dla braku rąk roboczych. Rząd w Berlinie zgodził się na ich wniosek odstępowania parceli innym współwyznawcom pod warunkiem jednak, żeby to byli ludzie zamożni, którzy by wywiązywali się należycie ze swych płatności.

 

Powszechnie nazywano kolonistów „polskimi“ filiponami[42], mimo że nie wszyscy urodzeni byli w Polsce. Pośród tych, którzy w 1834 r. w Mikołajkach protokół w obecności najwyższych władz prowincji podpisali, tylko 5 urodziło się w Polsce. Sześciu przybyło na ziemie polskie spoza Kongresówki, z guberni witebskiej i wileńskiej. Jeden mieszkał w Prusach Wschodnich jeszcze przed wojnami napoleońskimi, trzej podczas okupacji Prus Nowowschodnich.

 

Przez kilka pierwszych lat filiponi eksploatowali ziemię, nie użyźniając jej, widocznie z braku nawozu, nie stosując płodozmianu, toteż wyjałowiona rola nie procentowała. Zwrócili przeto starowiercy większą uwagę na sadownictwo, rybołówstwo, gospodarkę leśną, pędzili smołę, zakładali tartaki, ujęli w swe ręce budowanie szos tak w Prusach Wschodnich, jak w północnej Kongresówce. Taki np. Fedor Izajew Malowany zatrudniał przy budowie dróg 300 ludzi.

 

W obrębie granic Rosji carskiej obywatele pruscy nie byli obowiązani do płacenia podatków, omijała ich przeto nieiedna uciążliwa kontrola. Toteż starowiercy z ziemi polskiej wpływali na swoich krewniaków w Prusach, aby im wyrabiali pruskie dowody osobiste. Mimo przedsiębranych przez rząd pruski środków zapobiegawczych przemycanie polskich filiponów odbywało się nadal.

 

Władze w Kongresówce odnosiły się do filiponów pruskich nieprzychylnie: w Augustowie twierdziły, że ukrywali ona dezerterów, którzy wracali za paszportami pruskimi do Królestwa i osiadali w innym miejscu bezkarnie. Chłopi pańszczyźniani zbiegli z Rosji i ziem polskich znajdowali pracę w gospodarstwach filipońskich.

 

Wykorzystywali gościnność i łatwowierność staroobrzędowców najrozmaitsi złoczyńcy, męty społeczne, dokonując kradzieży, rabunków, nawet morderstw. Onufry Jakoblew 1 stycznia 1834 roku - aby ratować honor uczciwych obywateli - przestrzega władze pruskie przed indywiduami - współwyznawcami swoimi. Toteż rząd nakazał nauczycielom filiponom zaprowadzenie ksiąg meldunkowych oraz wszczął surową kontrolę dowodów osobistych.

 

W 1837 roku wprowadzona została przysięga, której z takim uporem przeciwstawiali się sekciarze. W końcu zgodzili się na taką formę, jaka stosowana była na ziemiach polskich. Polegała ona na tym, że lewą dłoń kładziono na sercu, dwa palce prawej ręki - wskazujący i serdeczny - podnoszono w gorę, powtarzając trzykrotnie „Jej, jej, jej“.

 

16 czerwca 1838 r. przybył na teren następca tronu, późniejszy król Fryderyk Wilhelm IV. Filiponi, którzy odwrócili się w swoim czasie od carów, odmówili modlitwy za nich i ich rodziny - w „malennie“ wojnowskiej. Filiponi wywarli takie dodatnie wrażenie na królewiczu, że później nigdy nie wierzył skargom i doniesieniom urzędników. Banderia filipońska towarzyszyła Fryderykowi aż do wigryńskiego lasu wiwatując na rzecz „króla“. Marcin Giersz podaje, że po odjeździe króla „starik“ Borisow zwierzył mu się w tajemnicy, że spodziewał się pewnego daru na budowę świątyni, lecz zawiódł się.

 

W celu ujęcia w karby „niesfornych, nieokiełznanych, lubiących wolność“ kolonistów, władze mianowały komisarzem nieustraszonego, energicznego Schmidta, który osiadł w Ukcie 1842 r. Udało mu się „uprzejmą surowością“ zaprowadzić ład w osiedlach. Zyskał sobie zaufanie i popularność, nazywano go „królem filiponów“. Za jego staraniem uregulowano sprawy spadkowe, rozwodowe, pełnoletności, opieki nad małoletnimi. Z czasem filiponi przekonali się o pożytku, jaki odnosili, przestrzegając prawa i ładu. W 1843 r. nastąpił pierwszy pobór rocznika: filiponi zaczęli się sprzeciwiać, grozili opuszczeniem osiedli i powrotem do Polski, lecz kiedy im pozwolono nie strzyc bród i włosów, zgodzili się, z czasem nawet tak zagustowali, że stali się wzorowymi żołnierzami.

 

Po długich namowach i tłumaczeniach w 1840 r. zdecydowali się filiponi przybrać nazwiska. Jedynym, który nazwisko od dawna posiadał, był Iwan Kuźmin. Fedor Izajew znany był pod przezwiskiem Malewan, w Polsce - Malowany. Stary Onufry przyjął nazwisko Smirnow, tak jak to już dawniej uczynił brat jego, kupiec w Warszawie. Jedni zgodzili się na nazwisko, przypominające ich wieś rodzinną, jak Drozdowski, inni od zawodu, jak Rybak, Kuśnierz, jeszcze inni od dotychczas używanego imienia ojca (otczestwa): Filipkowski, Makarowski, Danielewski. Oto szereg nazwisk: Słowików, Zając, Lis, Łabendź, Krassowski, Szirpalkowski, Jaroch, Jawor, Bobogai, Krzywoguz. Aleksander Łariwan z Wojnowa przybrał nazwisko Macedoński, wątpliwe jednak czy na intencję wielkiego wojownika. Jeżeli któryś z filiponów sam nazwiska nie wymyślił, podsuwał mu przysięgły ziemski Jeleń, jak na przykład takiego, któremu niedawno chałupa spłonęła - zapisano „Pogorzelski“. Kiedy po upływie dwóch lat nadeszło od władz pismo akceptujące owe nazwiska, okazało się, że filiponi zupełnie o tym zapomnieli i długo trzeba było czekać, aż sobie przypomnieli. Komisarz miał wiele kłopotu, żeby przypomniane nazwiska powtórnie z pamięci im nie wyszły[43].

 

Po osiedleniu się na skolonizowanych obszarach znacznej liczby Mazurów-ewangelików, władze Kościoła unijnego (który powstał w 1817 r. po zjednoczeniu wyznań i sekt protestanckich) uznały za potrzebne i wskazane utworzyć specjalną parafię w Ukcie. Odłączono wówczas w 1846 r. wsie filipońskie od parafii Nawiad, Mikołajek, Ządzborka przyłączając do Starej Ukty. Pierwszy pastor Kędziora nałożył na filiponów, mieszkających po wsiach należących do parafii w Ukcie, dziesięcinę, czym ich oburzył. W imieniu filiponów wystąpił stary Onufry z Onufryjewa, dowodząc, że wykarczowali lasy dla siebie, a nie dla cudzych parafii, że utworzyli własną parafię i nie są obowiązani utrzymywać cudzego duchownego. Nawet król, bawiąc w Wojnowie, obowiązku tego na nich nie nałożył. Spór trwał trzy lata, został wreszcie 2 lipca 1849 roku rozstrzygnięty na niekorzyść filiponów. W myśl prawa krajowego[44] zasądzono im opłacanie Realzehnte, große und kleine Kalende ohne Rücksicht auf die Verschiedenheit des Glaubens.

 

Oburzenie filiponów nie miało granic, uważali się za pokrzywdzonych, oszukanych. Najbardziej rozgoryczeni, najwięksi fanatycy: Sidor Borisow i Foma Iwanów sprzedali swoje posiadłości mnichom klasztoru staroobrzędowców w Moskwie i wynieśli się do Królestwa Kongresowego. Niestety, nie powiodło im się tam tak, jak sobie wyobrażali. Wrócili na Mazury, ale autorytetu już nie odzyskali. Inni filiponi uspokoili się, podporządkowali władzom, zwłaszcza najzamożniejsi, którzy w 1848 roku podczas wrzenia na terenie czuli się bezpieczniejsi pod opieką władz pruskich.

 

Pastor Kędziora był człowiekiem postępowym, dbał o potrzeby swoich ubogich parafian. Mając po wsiach, należących do jego parafii, bogatych i stale wzbogacających się sekciarzy, których liczba według Agatona Harnocha[45] wynosiła 2800 (prawdopodobnie według ksiąg kościelnych), wykorzystał przysługujące mu prawo, ściągał dziesięcinę. Widocznie jednak niedługo korzystał zbór ewangelicki ze swego przywileju, skoro dziś najstarsi parafianie nie pamiętają tego ani od starszych od siebie nie słyszeli[46].

 

Podana liczba jest chyba przesadzona. Albert Zweck[47] twierdzi, że liczba filiponów w latach 1830-1842 wynosiła 1277 dusz. E. Titius przytoczył tabele statystyczne, opracowane przez Roedebecka[48], według których w Wojnowie liczono wówczas ogółem 311 mieszkańców, w tym filiponów 275, reszta to katolicy, ewangelicy i prawosławni. W Osiniaku było ogółem 94 mieszkańców, w tym 73 filiponów. W Gałkowie na 68 ledwie 29, w Kadzidłowie na 21 głów 16 filiponów, w Mościskach ogółem mieszkańców 52, w tym filiponów 29, w Onufryjewie ogółem ludności 88 osób - starowierców 55, w Piotrowie na 56 - 45, w Piaskach 29 - w tym 28 filiponów. Zameczek liczył na 100 mieszkańców 96 staroobrzędowców, Ładne Pole na 169 - 144. Ogółem na 988 mieszkańców tych wsi było 790 filiponów[49].

Pod względem wyznaniowym w wymienionych miejscowościach zamieszkiwało Mazurów-Polaków 130, katolików-Polaków spoza kordonu oraz Niemców 33, prawosławnych 35. Mieszkańców tzw. drugiej kategorii, tj. nie posiadających dowodów osobistych pruskich, liczono 199 osób: filiponów 88, prawosławnych 24, katolików 7.

 

Według tejże tabeli w wymienionych wsiach znajdowało się 117 domów mieszkalnych, 121 zabudowań gospodarczych. Koni naliczono 159, wołów 22, krów 269, młodego bydła 140 sztuk, owiec 5294, świń 511.

 

 

Typy, zwyczaje i wierzenia filiponów

 

 

Marcin Giersz twierdzi, że filiponi, siedząc na ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej, zatracili pierwotną „dzikość“ (za Marcinem Gierszem powtórzyli to zdanie pisarze niemieccy). Niemniej jednak w Prusach Wschodnich wyglądem zewnętrznym i zwyczajami, ściśle przestrzeganymi, wzbudzali zdziwienie. Nosząc się z rosyjska, zaniechali używania guzików, uważając je za „oczy antychrysta“, nigdy nie strzygli bród i włosów.

 

Fritz Skowronnek, który znał filiponów, wiedział o nich dużo. W noweli Der Ältervater tak ich wedle opowiadań starych Mazurów scharakteryzował: „z czasem nabrali manier, stali się rozumni. Ale dawniej śmiech człowieka ogarniał, kiedy spojrzał na takiego ptaka. Istotnie robił wrażenie zabawnego, wszystko na nim było czerwone i niebieskie: krótka kurtka bez guzików - czerwona, koszula, którą na wierzchu spodni nosił, pasem nad biodrami ściągał - niebieska. Niebieskie w czerwone pasy były krótkie spodnie, które sięgały do kolan. Wszystko wykonywali sami. Kapelusze pletli z rozszczepianych korzeni świerka (Fichte). Z kory lipowej nosili sandały, które kolorowymi tasiemkami aż pod kolanami zawiązywali. Jeden wyglądał jak drugi: wszyscy smukli, mieli blond włosy i kędzierzawe brody, wszyscy byli do siebie podobni tak dalece, że trudno ich było odróżnić. Wszyscy niebieskoocy o różowej cerze“.

 

W okresie, kiedy ludność okoliczna zasiedziała nadużywała gorzałki, filiponi byli abstynentami, nie uznawali alkoholu, herbaty, tytoniu, wietrzyli mieszkania, jeżeli ktoś w ich domu zapalił fajkę.

Widocznie jednak strój ich nie był jednolity. Marcin Giersz w 1839 r. zanotował 16 typów ubiorów, co świadczyło o pochodzeniu z różnych regionów. Duchowny - starik i uczony w piśmie, czyli kniżnik, oraz zakonnicy używali płaszczy aż do kostek, w zimie szub do ziemi sięgających. Nakrycie głowy miało kształt beretu.

 

Kobiety wiązały pstre chustki pod brodę. Franz Tetzner twierdzi (w 1902 r.), że suknie filiponek modre albo w białoniebieskie pasy, podobne do worków o ramiączkach, spoczywających na białej koszuli z długimi rękawami. Fartuchy wąskie, przeważnie brązowego koloru. Twarze dziewcząt i dzieci - „to krew z mlekiem“, przy nich - jak twierdzi Albert Zweck - Mazurzy są niscy, o cerze śniadej. Tenże autor podkreśla regularność rysów staroobrzędowców.

 

August Ambrassat[50] zanotował „czapki czworokątne albo wysokie filcowe kapelusze o niewielkiej krezie“. Według tegoż autora włosy filiponów są ciemne, cera śniada. Dziewczęta blondynki i smukłe, spódnice nosiły niebieskie, koszulę ściągniętą przy samej szyi, z długim rękawem oraz gorseciki. Włosy splatały w dwa warkocze“.

 

Fritz Skowronnek uważa, że ci wysocy blondyni, o głębokich, niebieskich oczach robią wrażenie czystych Germanów. Franz Tetzner wyraża się: das altgermanische blühende Äußere ist auch den Jungen geblieben[51]. Powtarza za mim to samo Harry Schumann[52]. Karl Templin[53] potwierdza, że noszą białe lub kolorowe koszule na wierzch wyrzucone, ściągane pasem nad biodrami. Dziewczęta według niego stroją się w niebieskie bluzki i piękne gorseciki“ (co jest jednak późniejszą naleciałością).

 

Walter Franz i Erich Krause[54] podkreślają u mężczyzn „tołstojowską twarz, kanciastą czaszkę i długą brodę“. Natomiast Erich Krause w gierdawskim kalendarzu[55] twierdzi, że filiponi o niebieskich oczach i blond włosach „są wszystkim innym, tylko nie przytłaczającym tępym typem słowiańskim“. Melchior Wańkowicz określa ich: „mężczyźni mają capie brody i typ podmongolizowany“[56].

 

Przynieśli filiponi zwyczaje rosyjskie, do których nadal są przywiązani. Dziś jeszcze spotyka się w polu, z dala od zabudowań gospodarczych, łaźnie - „banie“[57], budynki drewniane, gdzie zimą i latem „rozkoszują się zwyczajem przodków słowiańskich (a nie germańskich) na zmianę – mężczyźni i kobiety (nie jednocześnie, jak się w prasie niemieckiej często spotykało).

 

Przed kilkudziesięciu laty - stosownie do nakazu religii - filiponi ściśle przestrzegali nieprzyjmowania pokarmów u innowierców, zwłaszcza u prawosławnych, bowiem wszystkie wyznania, prócz religii staroobrzędowców, są według nich niegodne, kacerskie. Jeżeli jednak w czasie podróży zmuszeni byli stołować się przygodnie, po powrocie odbywali pokutę, która polegała na tym, że nie jadali ze wspólnej miski. Narzekały na to gospodynie, które - mając nieraz w chałupie kilku pokutujących mężczyzn - musiały zmywać kilka mis zamiast jednej.

 

Za wypicie wódki pokuta była inna: tysiąc pokłonów do samej ziemi przed świętymi obrazami!...

Filiponi budowali pierwotnie chałupy z surowych bierwion na zrąb, podczas kiedy Mazurzy używali bel ociosanych.

 

Okien w chacie było niewiele: od ulicy jedno, dźwierze wejściowe i maleńkie okienko z sieni[58]. Od strony podwórza i z boków również małe. Toteż wewnątrz stale panował półmrok.

 

Podobiznę prawdziwej chałupy filipońskiej podał Albert Zweck na s. 186 i Melchior Wańkowicz, natomiast ilustracja, zamieszczona w książce Fritza Skowronnka, Das Masurenbuch, Berlin 1901, na str. 104, u Augusta Ambrassata oraz u Fritza Mielerta, Ostpreußen, Bielefeid 1926, str. 145, przedstawia chałupę z bel ciosanych, budowaną na zrąb, krytą dachówką Jest to też nieco późniejsza konstrukcja.

 

Na chatach filipońskich nie umieszczano śparogów. Te śparogi, które zamieścił Franz Tetzner na str. 321 w książce Die Slawen in Deutschland, są przeważnie mazurskie albo od Mazurów zapożyczone.

 

Wewnątrz izby, na wprost wejścia, na ścianie widniał szereg świętych obrazów, otoczonych girlandami z kwiatów papierowych.

 

Filiponi przynajmniej trzy razy dziennie żegnali się przed nimi i składali pokłony. W rogu izby ikona, tj. obraz święty z wiecznie płonącą lampką. Nieodzowny był rosyjski piec, służący zamiast łóżek, których nie brak było w izbie.

 

Sprawa małżeństwa była bardzo ciemna. Marcin Giersz twierdził, że filiponom nie wolno było udzielać obcym wiadomości o małżeństwach. Pierwotnie małżeństwa nie były dozwolone, bowiem Chrystus żył w celibacie. Taki Timofiej, nauczyciel w Wojnowie, twierdził, że „Bóg kamienne dzieci może budzić do życia“. Zresztą pierwszym odszczepieńcom płodzenie dzieci było zbędne, albowiem oczekiwali końca świata.

 

Zwolennicy nauki Teodozjusza - fiedosiejewcy - do ostatnich czasów ślubu nie uznawali. Wierni małżeństw nie odwiedzali, na pogrzebie żonatych psalmów nie śpiewali, duchownym nie wolno było wtrącać się do życia wewnętrznego. Nie wolno było w zasadzie łączyć się krewnym do siódmego pokolenia ani powinowatym, małżeństwa mieszane prześladowano.

 

Z czasem weszło w zwyczaj, że dziewczętom do czternastego, a chłopcom do dwudziestego roku życia rodzice musieli wyrazić zgodę na takie „dzikie“ małżeństwo. Wystarczyło zezwolenie przy pięciu świadkach, a młody zabierał żonę do siebie. Jeżeli rodzice oponowali, młodzieniec uprowadzał dziewczynę - najczęściej w czasie jarmarku.

 

Jeszcze na terenie Mazur zdarzały się wypadki porywania dziewcząt i to wśród najpoważniejszych rodzin. Kiedy syn Kuźmina uprowadził córkę Onufrego, ten zaskarżył zięcia do sądu. Otóż sąd orzekł, że ojciec może córkę wydziedziczyć, ale małżeństwa nie rozbije. Ponieważ młodzi żyli szczęśliwie, Onufry z czasem pogodził się z nimi.

 

Kobieta w ogóle praw nie posiadała, musiała się mężowi podporządkować, a ten mógł ją wyrzucić z domu, o ile była niepłodna, cierpiała na padaczkę albo o ile posądził ją o niewierność. Wówczas brał sobie na jej miejsce inną. Władze miały dużo kłopotów, gdyż filiponi nie rozumieli, że popełniają bigamię. W małżeństwach panowała pewnego rodzaju wstydliwość. Na noc zawieszano święte obrazy, aby nie były świadkami ekstazy miłosnej. Niemcy niesłusznie nazywali filiponów „brudasami“: po stosunku małżonkowie obowiązani byli w myśl zwyczaju umyć się od stóp do głów i zmienić bieliznę...

 

Małżeństwa uważano za ludzi „nieczystych“, w „malennie“ mogli zajmować miejsca jedynie na samym końcu na równi z używającymi alkohol i tytoń. Dziewczyna, o ile urodziła dziecko, nie mogła już nosić jednego warkocza, lecz dwie kosy, przerzucone do przodu. Dziecku zaś na chrzcie - zanurzając je w wodzie czterdziestego dnia po urodzeniu - nadawano imię takiego świętego prawosławnego, jaki figurował w kalendarzu w dniu chrzcin.

 

Pogrzeby odbywały się bardzo skromnie: od śmierci do pogrzebu sąsiedzi modlili się, kniżnicy, zmieniając się co dwie godziny, czytali fragmenty z świętych ksiąg. Nieboszczyka całowali na pożegnanie kolejno wszyscy zebrani, zawijali w prześcieradło, układali w trumnie z surowych desek. Kobiety niosły kobietę, mężczyźni mężczyznę do grobu. Ani śpiewu, ani przemówienia nad mogiłą nie znano. Rozdawano ubogim pieniądze, a na stypie mężczyźni siedzieli przy oddzielnym stole.

 

 

Zasady wyznania i stare księgi filiponów

 

 

Filiponi na ogół nie orientują się, na czym polega różnica między zasadami wyznania prawosławnego a „raskołem“, czyli sekciarstwem. Wszczepiano w nich nienawiść do kościoła macierzystego. Sekty pomiędzy sobą niewiele się różniły, ale zwalczały się wzajemnie[59].

 

Kiedy w 1949 r. wybrałam się do ówczesnego 82-letniego zdziecinniałego starika, który zmarł wiosną 1951 r., na zapytanie, na czym polega różnica między wyznaniem staroobrzędowców a religią prawosławną, starzec podniósł w górę 2 palce: wskazujący i serdeczny, pozostałe trzy przycisnął do dłoni, tłumacząc mi, że to jest rzekomo najważniejsza różnica: sposób żegnania się. Dwa palce wzniesione to symbol dwuosobowości Chrystusa. „Oni (tj. prawosławni) złożywszy trzy palce: wielki, wskazujący i serdeczny tak się żegnają, jak się tabakę niucha“. Wiele było w tym dziadku pogardy dla rytuału macierzystego kościoła.

 

Kilka dni wcześniej odwiedziła „starika“ Liii Szwengrub, wówczas studentka wydziału socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, która zbierała materiały do pracy magisterskiej. Kiedy postawiła starcowi podobne jak ja pytanie, poczuł się widocznie zaskoczony, nie wiedział co odpowiedzieć, prosił, aby przyszła nazajutrz. Kiedy się ponownie zjawiła, starzec leżał chory. Sąsiadka zakomunikowała pani Szwengrub, że po jej wizycie obłożył się starymi księgami i czytał... Rano, kiedy weszła do izby, leżał na podłodze nieprzytomny.

 

Źródłami wiary filiponów są obok Biblii tradycje, tj. pisma ojców Kościoła; wszystkie ich księgi cieszą się autorytetem kanonicznym. Sekciarze ci odrzucają pierwsze siedem koncyliów, poprawione przez patriarchę Nikona, uważają je za kacerskie. Księgi swoje czczą, dzieciom wpajają kult dla nich, żaden nie weźmie księgi do ręki, żeby się nie przeżegnał i nie pobłogosławił - podobnie po zakończeniu czytania. Nie wolno wziąć księgi do ręki żonatemu ani używającemu alkoholu. Innowiercom w ogóle nie daje się jej do rąk. Kiedy władze pruskie upoważniły Marcina Giersza w 1834 r. do dokonania w celu urzędowym wyciągów z ksiąg z początku starowiercy zgodzili się, później odmówili.

 

Sekciarze odrzucili 5 sakramentów, pozostali przy dwóch: chrzcie i spowiedzi. Do udzielania sakramentów komunii i ostatniego namaszczenia ludzie nie są godni, tak samo jak rozgrzeszania (starik może tylko po spowiedzi zadać pokutę). „Rozgrzesza Bóg, albo... ziemia“. Po reformie Nikona prawdziwi kapłani, wierni starej cerkwi, albo zostali zgładzeni, albo zmarli po więzieniach - nowych nikt nie jest godny wyświęcać.

 

Religię swą uważają staroobrzędowcy za nieskażoną, taką jak za czasów apostolskich. Twierdzą, że Bóg rozporządza aniołami, znają imiona siedmiu. Najstarszy odpadł, miejsce jego zajął św. Michał, który jest wojewodą niebieskim. Chrystusa nazywają królem chwały, Matce Bożej i świętym pośrednikom oddają wysoką cześć. Najbardziej czczony jest św. Mikołaj i św. Jerzy. Obrazu Filipa nie znają. Jeśli ktoś skazany został na śmierć, a rodzina modliła się do św. Mikołaja, wówczas ten objawiał się sędziemu, nakazywał cofnięcie wyroku, potem znikał (według opowiadania Dembowskiego w Wojnowie).

 

Św. Eliasz sprowadza deszcz na prośby ludności. Filipom wierzą w niebo i piekło. Dusza po śmierci przebywa w ciemnościach, znosi męki, dopóki modły i ofiary pozostałych w ciągu 40 dni nie ulżą jej. W ciemnym miejscu przebywają dusze praojca Adama i proroków. Tylko Salomon dla swej mądrości poszedł prosto do nieba. Skład Apostolski przypomina nicejski. W czasie odmawiania go nie można się poruszać ani nawet śliny przełknąć. Krzyż - według wierzeń filiponów - musi być sześcioramienny, kacerzami są wszyscy, którzy używają innego. Krzyż Chrystusowy wykonano z trzech gatunków drzewa: cyprysowego, cedrowego i figowego. Żegnają się tak, „jak to czynił Chrystus“[60].

 

Nabożeństwa[61] odprawiają uproszczone: bez procesji, ornatów[62], błogosławieństwa, kazań. Usunięto „carskie wrota“, które istnieją w cerkwiach. Do niedawna przy wyborze duszpasterza nie zwracano uwagi na wykształcenie, lecz na świątobliwość kandydata: mógł być analfabetą. Wymagano jednak, żeby „od urodzenia“ nie używał alkoholu, tytoniu i nie miał żony. Jeżeli przedtem był żonaty, nie wolno mu spowiadać. Po wyborze składał przed obrazami siedem pokłonów do samej ziemi.

 

Wśród duchowieństwa nie ma hierarchii ani stałego uposażenia. Starik utrzymuje się z dobrowolnych datków, darów w naturze, obowiązany jest do odprawiania nabożeństw w sobotę wieczór, w niedzielę rano i w święta, dokonywania chrztów, spowiedzi, odwiedzania chorych i brania udziału w pogrzebach.

 

Kniżnik, czyli uczony w Piśmie św., podobnie jak starik nie może być żonaty. Jeżeli używał alkoholu, musi odbyć pokutę. Obowiązkiem jego jest czytanie tekstów podczas nabożeństw, ale nie wolno mu podejść do głównego (środkowego) ołtarza ani czytać Ewangelii.

 

W siedemdziesiątych latach XIX wieku posiadali staroobrzędowcy w powiecie mrągowskim 5 świątyń: cerkiewkę w klasztorze nad jeziorem Duś murowaną, w Wojnowie, Ładnym Polu, Onufryjewie — drewniane, w Osiniaku skromny dom modlitwy. Główna ściana (na wprost drzwi wejściowych) zawieszona była licznymi obrazami, malowanymi na deskach lub blasze mosiężnej, które mogły być wykonane tylko przez staroobrzędowca. Znaczną ilość wykonał Wasil Samulow, nie bez talentu, używając białka zamiast oleju. Był to syn kupca z Kaługi, przygotowywał się do zawodu kupieckiego, uczył się malarstwa w klasztorze. W 1812 r. osiadł w Grodnie, potem przeniósł się do Augustowa, utrzymywał się z malarstwa. W 1836 r. osiedlił się w Wojnowie.

 

Pod świętymi obrazami i krzyżami mosiężnymi na półkach i stołach ustawione rzędem stare księgi, które były w wielkim poszanowaniu. Marcin Giersz wyliczył i opisał owe księgi po „malennach“.

W Wojnowie wartościowe księgi pozostały po Jafimie Borysowie, który je nabył za własne pieniądze. Najcenniejsza była Biblia, drukowana w 1581 r. w Ostrogu na Wołyniu za czasów księcia Konstantego Ostrogskiego, który przy chrzcie przyjął imię Wasyla. Ta pierwsza w języku cerkiewno-słowiańskim na ziemiach ruskich drukowana Biblia nosi nazwę Ostrogskiej. Wykonał ją diakon Iwan Fedorow, który, zmuszony do ucieczki z Moskwy, przyjęty został z otwartymi rękoma w Ostrogu.

 

Ewangelię drukowaną w Moskwie 1596 r. posiadał malarz Wasyl Samulow. Nauczyciel w Wojnowie Tymofiej, który jako jedyny z nielicznych inteligentów odegrał znaczną rolę w okolicy - szczycił się Ewangelią drukowaną w Ostrogu 1581 r. - z niej czytano wersety w czasie nabożeństwa. Dalej zwracały uwagę następujące wydawnictwa: Księga Apostołów pochodziła z drukarni założonej w Moskwie przez cara Iwana Groźnego, tłoczona 1596 r., Objaśnienie księgi apostolskiej Jana Złotoustego z 1620 r., Księga Cyryla, czyli wyciągi z pism Ojców Kościoła, drukowana w Moskwie 1694 r. (zawiera ona rozdziały o kacerstwie rzymskim, luterskim i armińskim oraz obrazuje pojęcia religijne staroobrzędowców), Psałterz, tłumaczony przez Cyryla i Metodego, tłoczony w Wilnie 1779 r., Czasownik, czyli Czasoslów, zawierający modlitwy używane w czasie nabożeństw, drukowany w Supraślu 1772 r., Oktai zawierający pieśni pochwalne, drukowany w Moskwie 1618 r., ponadto wyliczył Marcin Giersz 10 ksiąg, drukowanych w Supraślu, Poczajowie, Wilnie i Moskwie.

 

Filiponi posiadali jeszcze wiele starych ksiąg: W Wojnowie duża liczba leżała w kurzu na strychu domu sołtysa Borisowa, który sumitował się i twierdził, że czuje wyrzuty sumienia - ale nie ma odpowiedniego miejsca na te skarby. Prawie wszystkie białe kruki przetrwały w świątyni wojnowskiej i w klasztorze nad jeziorem. Dużą liczbę starannie przepisanych przez zakonników, oprawionych, poświęconych, znaleźć można po domach filipońskich.

 

Dziś jeszcze niechętnie pokazują drukowane księgi, na życzenie zwiedzających prezentuje się odpisy. Marcin Giersz twierdził, że kiedy opisywał owe białe kruki, wolno mu było patrzeć na nie, czytać, ale kartki przewracał staroobrzędowiec. „Kacerskich“ ksiąg czytać nie wolno było. Zamierzali podobno filiponi sami założyć drukarnię w Wojnowie, ale nie doszło to do skutku.

 

Nad jeziorem Dusiem istniała pustelnia. Kiedy w 1847 r. przybył z Krakowa świątobliwy wykształcony duchowny, Michał Chowronin, który wywarł dodatni wpływ na sekciarzy, przejął pustelnię i założył klasztor. Po pewnym czasie obrano Chowronina duszpasterzem. Drugi klasztor istniał w Onufryjewie, spłonął jednak w siedemdziesiątych latach XIX wieku. Długi czas sterczały opuszczone zgliszcza. W sąsiedztwie klasztoru nad jeziorem, w Majdanie, założyły klasztor zakonnice. Przynajmniej raz do roku albo przedstawiciele zakonników, albo mniszek wybierali się do Rosji, zbierając ofiary na utrzymania klasztorów.

 

Zdarzało się jednak, że żandarmeria lub inne władze rosyjskie zatrzymywały kwestarzy w areszcie, ale przeważnie wyprawa opłacała się. Wpływową osobą, cieszącą się poważaniem, był niejaki Szlachcic. Urodził się w Sejnach 1822 roku, przyjechał do Wojnowa, został nauczycielem, przez pięć lat bawił w Rydze jako duszpasterz, skąd wrócił do Wojnowa. Osiadł później w Piaskach. Był to piękny, godny, szlachetny i kulturalny człowiek. Mieszkanie jego pełne pięknych obrazów i starych ksiąg miało być „małą świątynią“.

 

 

Z życia filiponów

 

 

O ile władze pruskie, które stykały się ze staroobrzędowcami, były z nimi w dobrej komitywie, wyrażały się o nich pochlebnie, o tyle cywilna ludność, zwłaszcza niemiecka, osiadła na tym terenie, zazdrosnym okiem patrzyła na „uprzywilejowanych przybyszów“. Rościli pretensje ci, którzy nic z nich nie korzystali, jak lekarze, aptekarze, karczmarze i inni. Nie mogli im darować monopolu na ryby; skarżyli się na to, że gigantycznymi sieciami łowili nawet płotki i stynki, a nikomu z wędką usiąść nie pozwolił. Wszystkie ryby i raki wysyłali do Polski, a na miejscu odczuwano ich brak. Rzucano na filiponów przeróżne oszczerstwa.

 

Przybyli na Mazury w znacznej liczbie nieżonaci sekciarze, przeważnie robotnicy, z braku dziewcząt we własnym środowisku, nawiązywali kontakt z miejscowymi. Rezultatem były dzikie małżeństwa, na co uskarżało się duchowieństwo. Pastor z Nawiad na przykład 26 kwietnia 1843 r. żalił się, że w swojej parafii miał 11 dzikich małżeństw oraz wielką liczbę dzieci nieślubnych. Władze poszły na rękę duchowieństwu, nakazały parom w ciągu czterech tygodni zalegalizować związek. Nieposłuszeństwo pociągało karę pieniężną i więzienie. Wywołało to znów zamęt i niezadowolenie. Z czasem sprawy ułożyły się, zwłaszcza gdy na wniosek starosty mrągowskiego, Augusta Łyśniewskiego, powstała parafia ewangelicka w Ukcie.

 

Przy zawieraniu małżeństw mieszanych pobierali się filiponi z Mazurkami-ewangeliczkami, natomiast nie było wypadku, żeby ewangelik czy katolik pojął filiponkę. Śluby miały się odbywać obowiązkowo w kościele; ponieważ mężczyźni nie godzili się na to, kobiety przyjmowały chrzest według rytuału staroobrzędowców, często przenosiły się z mężami do Polski czy Rosji.

 

Chrzty dorosłych odbywały się przeważnie w rzece Krutyni albo jeziorze. Długi czas pokazywano miejsce, gdzie starik ochrzcił parobka wyznania prawosławnego oraz dziewczynę-katoliczkę, którzy się niebawem pobrali. Starik stał na desce, a neofici musieli się schylić, aby się zanurzyć, gdyż woda była płytka. Tłum wiernych, zgromadzonych nad rzeką, wiwatował na cześć nawróconych, którzy, przedtem zaledwie tolerowani, po chrzcie byli szanowani i poważani.

 

W 1825 r. przyobiecały władze zwolnienie od służby wojskowej: chodziło o jedno pokolenie pierwszych osadników. Kiedy w 1843 r. powołano pierwszego rekruta, podniósł się lament i narzekania. Okazało się z czasem, że młodzi filiponi tak rozmiłowali się w żołnierskim rzemiośle, że stali się wzorowymi żołnierzami, jeden z nich wróciwszy w rodzinne pielesze do Piasków w stopniu podoficera został sołtysem, w karbach trzymał całą wieś, uważany był za wzór.

 

Uwzględniając zakorzenione zwyczaje pozwolono starowiercom na noszenie zarostu.

 

Długo słuchać nie chcieli mężowie filipońscy, aby córki ich, wnuczki czy siostry uczyły się czytania i pisania. W 1847 r. ogłoszono nakaz posyłania dziewcząt na równi z chłopcami do szkoły, opornych karano grzywną. Powoli dostosowali się filiponi do warunków, do rozporządzeń władz, a chociaż religia nadal nie pozwalała im przeciwstawiać się woli „Bożej“ i leczyć choroby, to jednak w 1853 r. poddali się po raz pierwszy masowemu szczepieniu przeciw ospie.

 

Obszary, na których założono wsie filipońskie, nie od razu odseparowano od terenów państwowych lasów. Wieś Wojnowo wyodrębniono z nadleśnictwa Mikołajki i utworzono gminę samoistną na zasadzie dekretu królewskiego z 17 marca 1862 r. Osiniak, Piotrowo, Gałkowo i Kadzidłowo oderwano od nadleśnictwa Krutynia w 1874 r., Onufryjewo - Piaski od nadleśnictwa Guzianki w 1874 r., a Zameczek - Janowo od nadleśnictwa Krutynia w 1875 r.

 

Wielu filiponów prowadziło koczownicze życie: wiosną zamykali domy i wyjeżdżali z rodzinami na roboty do Polski albo Rosji, dokąd - jak twierdzi Franz Tetzner - wzrok ich zawsze był skierowany. Jesienią wracali, przywożąc sporo grosza. Niektórzy z nich przejawiali „szeroką rosyjską naturę“ i rozmach. Byli wśród nich bogacze, którzy pracy się nie wyrzekli. Taki Ulas Słowików w Piaskach, którego uwiecznił Fritz Skowronnek w noweli pt. Balalaika[63], skupował ziemię od wszystkich, którzy się wynosili z powrotem do Polski, posiadał ponad 1000 morgów roli. Radziwon Krymów miał w Onufryjewie duży majątek ziemski, znaczne kapitały w bankach, ponadto dzierżawił tysiące hektarów wód państwowych i podobnie jak Łariwan Smirnow, „rudy skąpiec“ - jak go nazwał Fritz Skowronnek - może syn albo wnuk Onufrego, posiadał obszary ziemi, dzierżawił nie tylko jeziora, ale rozległe sady. Zarządzał majątkiem brat Łariwana, on sam wózkiem objeżdżał miasteczka mazurskie sprzedając owoce detalicznie na rynkach.

 

Niechętni zaczęli filiponów podejrzewać o szpiegostwo, ale nikt im tego udowodnić nie mógł. Natomiast konfidenci wywiadu państwa ościennego często w przebraniu za staroobrzędowców penetrowali ziemię wschodniopruską. Kto wie, czy ten powód nie wywołał w 1884 r. rozporządzenia nakazującego wysiedlenie z filipońskich wiosek wszystkich, nie posiadających dowodu pruskiej przynależności państwowej.

 

Władze carskie nie mogły ścierpieć sekciarzy na terenie Prus Wschodnich. W końcu XIX wieku duchowny prawosławny przy poselstwie rosyjskim w Berlinie, Malcew, przybył na teren z misją religijną. Udało mu się pozyskać pewną liczbę kolonistów. W 1895 r. mieszkańcy Osiniaka i Piotrowa oderwali się od parafii wojnowskiej i założyli własny dom modlitwy. Malcew przyjeżdżał raz albo dwa razy do roku, spowiadał i udzielał komunii. Malcew twierdził, że parafianie wojnowscy to filiponi“, bezpopowcy; osiniaccy zaś to staroobrzędowcy. Nabożeństwa ich odbywały się według rytuału przednikonowskiego.

 

Nie wiadomo, dlaczego żaden z pisarzy niemieckich, którzy tak interesowali się staroobrzędowcami rosyjskimi, ani słowem nie wspomniał o mnichu Pawle, nazwanym „Pruskim“, i o roli, jaką odegrał na ziemi mazurskiej. Zgromadził on wokół siebie około 60 mnichów fiedosiejewców oraz filiponów, którzy podporządkowali się pierwszym. Zajęli oni istniejący klasztor w Wojnowie, rozbudowali go i założyli gospodarstwo. Paweł zgromadzić miał wiele starych ksiąg cerkiewnych[64]. W drukarni starowierskiej, która istniała w Piszu, gdzie wychodziło czas jakiś pismo „Istina“, Paweł wydrukował swoją rozprawę o małżeństwie pt. Sbornik o brakach. W Wojnowie odbywały się za czasów Pawła dysputy na tematy religijne i sobory, zjeżdżali duchowni z Rosji i Mołdawii.

 

W 1867 r. Paweł i zakonnicy nawrócili się, sprzedali klasztor i zabudowania nad jeziorem Duś zakonnikom z Majdanu i wywędrowali do Rosji. Władze carskie obiecały bezpłatnie ziemię tym filiponom, którzy nawrócą się i przeniosą do kraju macierzystego. Byli tacy, którzy zapragnęli popróbować szczęścia, wyjechali na krótko przed wybuchem pierwszej wojny światowej, doznali jednak niezbyt gościnnego przyjęcia i powrócili na Mazury.

 

W klasztorze SpasTrockim nad jeziorem ciężko pracowały na roli siostry, uczyły też dziatwę i młode dziewczęta. W początkach XX wieku kilka zakonnic wyjechało w głąb Rosji w celu propagandy, która odniosła skutek: w 1908 czy 1909 r. przybyła duża liczba młodziutkich kobiet, przywiozły pieniądze, zboże, obrazy; dwie córki bogatego kupca z Kazania, Tichonkina, ofiarowały piękny żyrandol, który zawieszono w cerkiewce[65]. Nie wszystkie jednak zdołały przyzwyczaić się do nowego miejsca i nowych warunków. Wiele wróciło nad Wołgę.

 

Harry Schumann wspomina, że gdy wybuchła I wojna światowa, „zaczęto spoglądać na filiponów z pogardliwym uśmiechem i wzruszeniem ramion“. Jest to o tyle prawdopodobne, że w pierwszych dniach września 1914 r. wsie filipońskie zalane zostały przez oddziały pułku Schellwitza, które biwakowały tam czas jakiś. Żołnierze przybyli z centralnych Niemiec nie zawsze życzliwie odnosili się do wschodniopruskich „Kozaków“, jak miejscowa ludność mazurska nazywała staroobrzędowców.

 

Zima 1914-1915 dała się srodze we znaki: bitwa nad jeziorami mazurskimi, rozgorzała w lutym, front ciągnął się od Kłajpedy do Rucianego[66]. Siady rowów strzeleckich przetrwały miejscami do ostatnich czasów. Niejedna drewniana chałupa spłonęła, świadczą o tym liczne murowańce, wzniesione na koszt Rzeszy niemieckiej w latach 1922 i 1923.

 

W tym samym czasie były jeniec, porucznik wojsk carskich, Awajew, osiadł na skraju wsi Osiniaku jako pop prawosławny, wybudował drewnianą cerkiewkę, która dominuje nad okolicą.

 

Ciężkie były lata powojenne. Wielką klęskę ponieśli właściciele dzierżawcy sadów w okresie zimy 1928/29 r., kiedy to niemal wszystkie drzewa owocowe wymarzły, podobnie jak w Polsce.

 

Pobudki, jakimi kierowała się propaganda turystyczna zdziałały, że w Wojnowie w 1930 r. obchodzono dość uroczyście stulecie założenia kolonii staroobrzędowców. Zdaniem prasy wschodniopruskiej liczne czasopisma w całej Rzeszy zamieściły sążniste artykuły, charakteryzujące współczesnych filiponów na podstawie wiadomości zaczerpniętych ze starych encyklopedii, tak że sami inteligentniejsi filiponi, kiedy im tego rodzaju druki pokazywano, „kiwali głowami“ lub wyrażali oburzenie.

 

Niemniej jednak uroczystość odbyła się. Dość tłumnie zjawili się ciekawi i goście z dalszych stron w Wielką Sobotę, aby wziąć udział w nabożeństwie pasyjnym, które rozpoczęło się o północy. Podczas rezurekcji nastrój panował podniosły, potęgowała go niezliczona ilość płonących świec nie tylko przed obrazami, krzyżami, ale i w rękach tłumnie zebranych uczestników. Niemieccy goście podziwiali „egzotyczność“ tej uroczystości, zwłaszcza finał przed „malenną“: Christos woskries[67].

 

W lecie odbyła się uroczystość sportowa. Dziś jeszcze oglądać można dużych rozmiarów ocieniony narzutowiec przy zbiegu dróg zmierzających do Wojnowa i Osiniaku. Brak na nim jednak jakiegokolwiek napisu. Nieco dalej w stronę cerkwi, przed budynkiem szkolnym, na dwóch otoczkach spoczywa monolit w kształcie elipsy, na którym wykuto tylko dwie daty: „1830—1930“.

 

Wsie filipońskie zatraciły swoją egzotyczność: chaty drewniane z bierwion nie ociosanych są rzadkością. Barwne koszule noszone na wierzch spodni rzadko się spotyka. Wymierają patriarchowie o blond kędzierzawych brodach. Młodzież idzie z postępem. W starszych domach znajdzie się jeszcze samowar i bałałajka, a w polu za sadem łaźnia, oryginalna rosyjska „bania“. Jeszcze dziś są tacy, którzy wyparzywszy się w zimowy wieczór wybiegają, tarzają się po śniegu - a idzie im to na zdrowie.

 

Starych pieśni ludowych filiponi nie przechowali, te które śpiewają, powstały w końcu XIX i XX wieku. To samo odnosi się do pieśni religijnych. Wiktor Jakubowski podaje, że Iwan Zawołoko z Łotwy spisał w Wojnowie przed wojną i wydał pieśni, które już tam nie są śpiewane. W odróżnieniu od Mazurów, baśni, podania, legendy filiponów przedstawiają się niezwykle ubogo. Spotyka się filiponów w Wojnowie, Onufryjewie, Piaskach, Zameczku, Gałkowie, kilka rodzin w Osiniaku. Ośrodkiem kolonii jest jak w ciągu 130 lat Wojnowo, można dostać się autobusem z Mrągowa, można dojść pieszo z Rucianego szosą szczycieńską przez puszczę albo krótszą drogą polną przez Dybowo, Wólkę, Osiniak. Wsie porozrzucane na pofalowanych malowniczych przestrzeniach, okolone sinym lasem na horyzoncie. Nad z dala widzianym Wojnowem dominuje cerkiewka o srebrzystej kopule, wcale nie taka szpetna, jak opisał Melchior Wańkowicz. Odmalowano ją po wojnie.

 

Wieś Wojnowo ciągnie się na przestrzeni 2 kilometrów, jest czysto utrzymana, porządnie zabudowana. Dużo jest murowańców z 1922 r. i późniejszych czasów. Obejścia starannie utrzymane. Świątynia, czyli „malenna“, w środku wsi murowana, czyni wrażenie protestanckiej czy katolickiej, jedynie sześcioramienny krzyż dominuje nad nią. Wewnątrz idealnie czysto. Na głównej ścianie, na wprost dźwierzy wejściowych, rzędami wiszą ponure, ciemne bizantyjskie obrazy, każdy otoczony girlandą z barwnych papierowych kwiatów. Ta pstrokacizna ożywia ścianę, ale nie bardzo harmonizuje z powagą malowideł. Mosiężne krzyże różnej wielkości umieszczono rzędami - pod nimi na stole ustawione cenne stare księgi.

 

Podczas mego pobytu w Wojnowie, latem 1951 roku, wybrałam się pewnej niedzieli do „malenny“. O godzinie 7 nowo obrany starik Krassowski w cywilnym ubraniu przed głównym ołtarzem-nałojem - odprawiał nabożeństwo. Przy bocznych ołtarzach - czytali wersety z świętych ksiąg na zmianę czterej kniżnicy: dwie kobiety i dwaj mężczyźni. Ewangelię czyta jedynie duszpasterz (Starego Testamentu nie używają, gdyż „bardzo wiele miejsc absolutnie nie nadaje się do głośnego czytania“ jak twierdzą).

 

Obecnie już nie przestrzegają, jak dawniej przepisowych miejsc, widzi się po prawej stronie również kobiety, a po lewej mężczyzn. Gorliwie i z przejęciem żegnając się, biją niezliczoną ilość razy pokłony nie tylko starzy, ale i młodzi. Na takim nabożeństwie bywa 40 do 50 osób, przeważają kobiety i tu można oglądać resztki dawnego ubioru (samodziały spotyka się jeszcze. Nic dziwnego - jeszcze przed wojną posiadała krosna i pracownię tkacką założycielka spółdzielni „Mazurka“ - Anastazja Makarowska). Kobiety wiążą chustki pod brodą, młode zaś barwne i ładne nowe chustki spinają broszką. Chustka, spadając na ramiona, plecy i piersi tworzy rodzaj pelerynki, często obszytej frędzlą.

 

Na oknie obok drzwi wejściowych „malenny“ leżą nowe książki, drukowane cyrylicą. Na dole jednej z książek napis Liebesgaben der Christlichen Gesellschaft zu Kassel. Wydane przez Towarzystwo Biblijne w Berlinie 1917 r.

 

„Starik Krassowski jeszcze młody, liczy dopiero 60 lat“ - powiada o nim osiemdziesięcioletni brodacz, niezwykle sympatyczny Maksim Dembowski, którego zaszczytna funkcja polega na zapalaniu, rozjaśnianiu i gaszeniu świec w czasie nabożeństwa. Krassowski w przeciwieństwie do swego poprzednika to człowiek światły, wiele lat przebywał w Ameryce, czynił wrażenie człowieka kulturalnego i zacnego. Wielu filiponów - tak mężczyzn, jak kobiet - na nabożeństwa nie uczęszcza, dowodząc, że są ludźmi pracy i że nie mają czasu.

 

Filiponi mówią po polsku, starsi również po niemiecku, a rozmawiając po rosyjsku używają polonizmów i germanizmów, zatracili miękki akcent. Wchodząc do mieszkania, zostawiają na progu pantofle; w izbie drepcą w samych pończochach, aby nie zabrudzić idealnie białej podłogi. Jest to ogólnofilipoński zwyczaj.

 

W izbie Dembowskiego, którego odwiedziłam w 1951 r., podobnie jak u innych było mnóstwo obrazów, przed którymi trzy razy dziennie jeszcze modlono się i składano pokłony. Awrelia Dembowska - żona - płynnie odczytywała teksty z dwóch starosłowiańskich ksiąg nie drukowanych, lecz przepisanych. Nauczyła się tego u zakonnic.

 

Około pół kilometra od domostwa Dembowskiego, który z dala od zabudowań posiadał przepisową łaźnię (był z niej bardzo dumny), nad lśniącym, malowniczym jeziorem Duś rozpościerają się zabudowania klasztorne. Brama otwarta, groźnych psów nie było widać - nie tak jak w opisach z różnych czasów.

 

Gdzieniegdzie krzątały się zakonnice. Najstarsza liczyła 93, najmłodsza 61 lat. Matka Antonina Kondratiewa, odziana jak inne w czarny habit; na okrągłej czapce chustka czarna z czerwoną wypustką dokoła tworzyła zarazem pelerynkę.

 

W cerkwi murowanej bogactwo obrazów, krzyżów mosiężnych, starych, w pergamin oprawionych, ozdobnych ksiąg, nałoje i różne sprzęty, wymagane przez rytuał, piękny i kosztowny żyrandol. Przewodniczka w habicie pokazała tylko dwie stare księgi przepisane, starodruków pokazać nie chciała, zaznaczyła tylko, że liczą one przeszło 300 lat.

 

Nabożeństwa odprawiają zakonnice, spowiadają się wzajemnie. Oryginalne są różańce, sprowadzone przed pierwszą wojną z Rosji. Wykonane ze skóry, liczą 107 małych żeberek, czyli płatków, naciągniętych na szeroki skórzany pasek, zakończony trójkątem. Szesnaste, pięćdziesiąte piąte, osiemdziesiąte dziewiąte i sto ósme żebra są większych rozmiarów. Zakonnice same wyrabiały różańce z paciorków, używając ich z rana, w południe, wieczorem i nocą.

 

Za warzywnym i kwietnym ogrodem nad samym jeziorem rozpościera się malowniczo zaciszny cmentarz, mogiły mniszek ubogie, bez nagrobków. Pośrodku krzyż granitowy, nagrobek jakiegoś Jakubowskiego. Co łączyło tego człowieka z klasztorem żeńskim, tego oprowadzająca młoda „pasłusznica“ powiedzieć nie mogła, wiedziała tylko, że pomnik wzniosły dzieci zmarłego. „Pasłusznica“ - młoda Mazurka, nieco ułomna, sierota wychowana w klasztorze - „nawróciła“ się i czuła się dobrze.

Na wyniosłym brzegu jeziora, bezpośrednio przy zabudowaniach gospodarczych, rozpościera się cmentarz świecki. W cieniu drzew - między innymi wiśniowych - mogiły niezbyt starannie utrzymane. Na drewnianych sześcioramiennych krzyżach po odwrotnej stronie nazwiska: Jewdokija Wróbel, Nikołaj Matfiejewicz Bieliński, Efimia Dembowska, Eustachia Krassowska, Koźma Krassowski, Jewdokij Danielewski, Wakarej Worobiow, Nazar Wierzchowski, Izydor Danielewski.

 

Siostry, mimo sędziwego wieku, jak mogą, tak pracują w gospodarstwie. Współwyznawcy pomagają. Zakonnice bardzo się przywiązały do swego klasztoru-pustelni[68].

 

Hitlerowcy ustosunkowali się do filiponów negatywnie. Kto wie, czy gdyby panowanie ich trwało dłużej, staroobrzędowcy nie zniknęliby z powierzchni ziemi mazurskiej. Niejeden znalazł się za Odrą.

 

Charakterystyczne jest ustosunkowanie się do nich dzisiejszych pisarzy w NRF. W 1960 roku ukazała się książka przygotowana przez zespół getyndzki, wydana nakładem Holznera w Würzburgu. Jest to spuścizna po dr Paulu Glassie, opracowana przez Fritza Bredenberga[69]. O ile przed wojną zagadnienie staroobrzędowców rosyjskich fascynowało pisarzy i czytelników nie tylko wschodniopruskich, ale i niemieckich, o tyle w okresie powojennym straciło swą aktualność. Nazwa filiponów została zatarta. Paul Glass i Fritz Bredenberg w książce jej nie wymienili, nawet podając dane o takich miejscowościach, jak Eckertsdorf, Fedorwalde - Peterhain i in. Według Fritza Bredenberga w 1930 roku liczono 2000 filiponów. Z obszernego spisu ludności w 1939 r. zamieszczonego w wyżej wymienionej książce, nie można wyprowadzić liczby ludności rosyjskiego pochodzenia we wsiach powiatu mrągowskiego. Samą nazwę „filiponi“ wymieniono w całej książce liczącej 355 stron raz jeden tak pobieżnie, że czytelnik, nie znający dziejów tych osadników na przestrzeni 130 lat, nawet nie zwróci na to uwagi.

 

POWRÓT



[1] Nazwa „filiponi" przyjęła się na terenie powiatu mrągowskiego, spopularyzowana przez pisarzy niemieckich, którzy interesowali się kolonistami - staroobrzędowcami rosyjskimi.

[2] W. Franz, E. Krause, Deutsches Grenzland Ostpreussen, Pillkallen. 1926, s. 259

[3] J. Giertych, Za północnym kordonem, Warszawa 1934, s. 109-110

[4] M. Wańkowicz, Na tropach Smętka, Warszawa 1936, s. 71-83; również w wydaniach powojennych.

[5] I. Grek-Pabisowa, Zapożyczenia leksykalne z gwary mazurskiej z języka polskiego w języku starowierów z powiatów Mrągowo i Pisz, Poradnik Językowy, 1958, z. 9, s. 445-450; taż, Niektóre wiadomości o starowierach zamieszkałych na terenie Polski, Slavia Orientalis, 1959, nr 4, s. 135-150.

[6] L. M. Szwengrub, Grupa staroobrzędowców w powiecie Mrągowo woj. olsztyńskie, Euhemer. Przegląd Religioznawczy, 1958 nr 1, s. 64-70.

[7] E. Titius, Die Philipponen im Kreise Sensburg, Preussische Provinzial-Blätter, 1864, Bd. 9, s. 193.

[8] Schulz, Einiges über die Philipponen und deren Einsiedlung in dem Nikolaiker und Crutinner Forst, Preussische Provinzial-Blätter 1833, Bd. 9, s. 261-668.

[9] F. Tetzner, Die Philipponen in Ostpreussen, Globus. Illustrierte Zeitschrift fur Länder und Völkerkunde, 1899, nr 2, s. 12.

[10] F. Tetzner, „Die Philipponen", von Martin Gerss, Altpreussische Monatsschrift, Bd. 47, 1910, s. 407-444.

[11] Bolszaja Encyklopedia, Petersburg 1896, t. 16, s. 160.

[12] F. Tetzner, Die Slawen in Deutschland, Braunschweig 1912, s. 213.

[13] E. Titius, op. cit, s. 192-208.

[14] A. Weiss, Preussisch-Litauen und Masuren. Historische und topographisch-statistische Studien betreffend den Regierungsbezirk Gumbinnen, Rudolstadt 1878, s. 232.

 

[15] Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Olsztynie (dalej WAPO) 1/4, 1873 s. 138 i nast.

[16] E. Titius, op. cit., Bd. 10, s. 4, podano „Chwaliboy“.

[17] M. Gerss,Über die Philipponen, Neue Preussische Provinzial-Blätter, 1850, Bd. 9, s. 376.

[18] A. Zweck, Masuren, Stuttgart 1910, s. 180.

[19] Schulz, op. cit, s. 664.

[20] M. Gerss, Mitteilungen über die Philipponen im Kreise Sensburg, Neue Preussische Provinzial-Blätter, 1849, s. 50.

[21] W Powiatowym Archiwum Państwowym w Suwałkach znajdują się między innymi księgi urodzeń, ślubów i zgonów gminy Sejny od roku 1826 do 1854 w ilości 21 fascykułów zespołu USC. Bardzo starannie prowadzona jest „Arynga do aktów urodzenia, zejścia oraz zapowiedzi wsi Pogorzelec z r. 1826“. Archiwum w Suwałkach posiada ogółem 94 jednostki akt gmin oraz miasta gubernialnego Suwałki, jak o tym świadczy wykaz zespołów akt wyznania filipońskiego.

[22] WAPO, 1/4 1873, s. 2.

[23] Ibidem, s. 10, 26.

[24] M. Toeppen, Geschichte Masurens, Danzig 1870, s. 450.

[25] WAPO 1/4, s. 59.

[26] Ibidem, s. 83.

[27] Ibidem, s. 126.

[28] Ibidem, s. 85-86.

[29] Ibidem, s. 137.

[30] Ibidem, s. 182.

[31] J. Brehm, Die Entwicklung der evangelischen Volksschulen in Masuren im Rahmen der Gesamtentwicklung der preussischen Volksschule, Bialla 1912, s. 459.

[32] Ibidem, s. 360.

[33] F. Tetzner, Die Slawen, s. 235.

[34] WAPO 1/4 1873, s. 15,7; E. Titius, Bd. 10, s. 31.

[35] E. Hollack, Erclärungen zur vorgeschichtlichen Übersichtskarte von Ostpreussen, Berlin 1908, s. 107, 111, 145.

[36] W. Garte, Urgeschichte Preussens, Königsberg 1929, s. 10 (Lanzenspitze). Onufrygowo nazwano z czasem Onufryjewo.

[37] F. Bohne-Fischer, Ostpreussens Lebensraum in der Steinzeit, Königsberg 1941, s. 46.

[38] J. Antoniewicz, Zagadnienia ochrony zabytków archeologicznych w Okręgu Mazurskim, Komunikat Działu Informacji Naukowej 1946, nr 1-3, s. 2.

[39] W. Kętrzyński, O ludności polskiej w Prusiech niegdyś krzyżackich, Lwów 1888, s. 410, 411.

[40] F. Stomber, Topographische Veränderungen seit 1800, Unsere Masurische Heimat, 1918, s. 282-290

[41] G. Leyding, Słownik nazw miejscowych Okręgu Mazurskiego. Cz. II. Nazwy fizjograficzne, Poznań 1959 - łąki Chostka, Choszczka nie podaje. Natomiast w części I wyd. w 1947 r. zamieścił nazwę tej wsi, przemianowanej w r. 1930. na Walddorf, s. 59, nr 271. Nazwy Jebór nie podał.

[42] WAPO 1/4, s. 172.

[43] E. Titius, op. cit., Bd. 10, 186,5, s. 2.

[44] F. Tetzner, Die Slawen, s. 215

[45] A. Harnoch, Chronik und Statistik der evangelischen Kirchen in den Provinzen Ost- und Westpreussen, Neidenburg 1890, s. 352.

[46] Według wiadomości podanej w r. 1950 autorce przez ówczesnego proboszcza ewangelickiego, ks. past. E.Szendla w Ukcie.

[47] A. Zweck, op. cit., s. 182-183.

[48] E. Titius, op. cit., Bd. 10, s. 304.

[49] F. Tetzner podaje w tabeli identyczne liczby, powołuje się nie na Roedebecka ani Titiusa, lecz na pracę landrata Wilhelma v. Sałzwedella (którego właściwe nazwisko brzmiało: Wienskowski): Statistische Darstellung des Kreises Sensburg gefertigt im Jahre 1865, Königsberg, s. 6—16. Wynika z tego, że autor ten wykorzystał tabele Roedebecka, albo przedruk Titiusa, nie powołując się na nich. Liczby są identyczne.

[50] A. Ambrassat, Die Provinz Ostpreussen, Königsberg 1910, s. 214.

[51] F. Tetzner, Die Slawen, s. 244.

[52] H. Schumann, Unser Masuren, Dresden 1921, s. 70.

[53] K. Templin, Bei den Philipponen, [w:] Unsere Masurische Heimat, Sensburg 1926, s. 411-416.

[54] W. Franz, E. Krause, op. cit, s. 257.

[55] E. K., Die Philipponen, Gerdauer Kreiskalender, 1938, s. 119.

[56] M. Wańkowicz, op. cit., s. 73.

[57] W niewielkim budynku znajduje się piec, za pomocą którego rozżarza się kamienie. Woda wylewana na nie zamienia się w parę, w której filiponi przebywają tak długo, dopóki nie poczują potrzeby świeżego powietrza. Wówczas wybiegają na dwór, wskakują do wody w jeziorze lub rzece, w zimie zanurzają się pod przeręblą. Powtarzają to po cztery do pięciu razy.

[58] A. Boetticher, Die Bau- und Kunstdenkmäler in Masuren, Königsberg 1896, s. 118.

[59] M. Gerss, Etwas über die sogenannten Philipponen in Masuren (Von der Verheiratung und der Ehe). Beiträge zur Kunde in Masuren. Mitteilungen der Litterarischen Gesellschaft Masovia, H. 1, ,1895, s. 33-60.

[60] F. Tetzner, Die Slawen, s. 232 i nast

[61] M. Gerss, Die Glaubenslehre der Philipponen, Mitteilungen der Litterarischen Gesellschaft Masovia, 1910, s. 1-16.

[62] Nie wiadomo, dlaczego dr Reisler w artykule zamieszczonym w „Evangelisches Gemeindeblatt“ 1908, s. 182-184 pt. Ein Ausflug zur russischen Kirche in Ostpreussen wspomina o tym, że duchowny filipoński urzęduje „in einem Popenornat, kurzem Talar und langen Streifen“.

[63] F. Skowronnek, op. cit., s. 102.

[64] I. Grek-Pabisowa, Niektóre wiadomości o starowierach, s. 145, 147.

[65] Niektórzy twierdzą, że to dar cara rosyjskiego. Anastazja Makarowska, założycielka i kierowniczka spółdzielni przemysłu ludowego i artystycznego „Mazurka“ w Wojnowie, twierdzi, że to dar ojca Tichonkinówien.

[66] Schlachtfelder in Ostpreussen, Königsberg, s. 142, 145

[67] Zur Jahrhundertfeier der Philipponen, Unsere Heimat, 1930, nr 16, s. 134.

[68] Podczas mego pobytu w 1951 roku podano mi liczbę 11. I. Grek-Pabisowa, Niektóre wiadomości o starowierach na s. 149 zaznacza „dziś mieszka tylko 7 mniszek“. Natomiast w wykazach znajdujących się w Wydziale Wyznaniowym według ostatniego spisu figuruje liczba 13. Widocznie zaliczono nie tylko mniszki, ale wszystkie kobiety, zamieszkałe na terenie klasztoru.

[69] Der Kreis Sensburg. Aus dem Nachlass von P. Glass herausgegeben und ergänzt von F. Bredenberg, Würzburg 1960.