Melchior Wańkowicz

 

„HOSPODI POMIŁUJ” W DORF ECKERTSDORF

 

 

POWRÓT

 

 

Melchior Wańkowicz (1892-1974), pisarz i publicysta; 1939-58 poza krajem, m.in. w Wielkiej Brytanii i USA; mistrz opowieści reportażowej, nawiązywał do tradycji gawędy szlacheckiej (Na tropach Smętka 1936, Tędy i owędy 1961), reportaże i proza wojenna (Bitwa o Monte Cassino 1945-47, Hubalczycy 1959, Westerplatte 1959), wspomnienia (Szczenięce lata 1934, Ziele na kraterze 1951), publicystyka, szkice z teorii literatury faktu (Karafka La Fontaine'a 1972-80). W 1934 r. odwiedził wraz z córką Martą, Tirliporkiem, Prusy Wschodnie, m.in. Wojnowo, poświęcając staroobrzędowcom jeden rozdział swej ksiażki Na tropach Smętka.

 

 

„Na czużoj, na storonuszkie”

(Rosyjska pieśń ludowa)

 

 

Tirliporek wyśpiewuje:

 

 

Z tamtej strony wody stoi chłopiec młody,

Żebym go dostała, suszyłabym środy.

Suszyłabym środy, pościłabym piątki,

Żebym go dostała na Zielone Swiątki.

 

 

Tirliporek rozpuścił mi się na dziadowski bicz. I skąd on bierze te coraz nowe piosneczki? Jest to przyjemnie, jak coś tak swieżym głosem ciągle świergoli na kajaku. Ale Tirliporek często nie dla samej sztuki śpiewa, lecz żeby się wykpiwać od roboty. Od Piecków bowiem Krutyńskich jedziemy na wiosłach; O kilometr poniżej trzeba obnosić młyn, a w ogóle do Filiponów mamy przejechać tylko dziesięć kilometrów.

 

Tirliporek, chcąc nie chcąc, pracować musi, łypie jednak w tył okiem, czy go nie nabieram. Wie bowiem, jak był nabierany Królik (tzn. mama), kiedy przez kilka dni, jadąc Niemnem, tata z tyłu kłapał po prostu dłońmi po wodzie, a biedny Królik pracował i myślał, że te kłapania to uderzenia wiosła. Aż pod Grodnem dopiero jacyś kajakowcy, którzy nagonili znienacka "Kuwakę" z góry rzeki, narobili gwałtu, ostrzegli Królika i sprawa się wydała.

 

Deszczyk kapuśniaczek poczyna mżyć na dobre. Naciągamy więc kurty żeglarskie i wyrzucamy je na wierzch, na gumowy pokład, tak że woda spływa za burtą. Na głowach nam sterczą ostre kapuzy. Krutyna wypływa z lasów i płynie podmokłymi łąkami. Na prawo, w odległości ćwierć kilometra od rzeki, grunt się zaczyna garbić i rzece poczynają towarzyszyć zielone wzgórza, pocięte wąwozami i porosłe zielenią. W pewnym miejscu wśród tych wzgórz wyrastają domy. To - Wojnowo, przez Niemców zwane Eckertsdorf, największa z wiosek zajmowanych przez sektę staroobrzędowców rosyjskich.

 

Cumujemy „Kuwaką" do stojącej na Krutynie pogłębiarki, której załoga nad wyraz życzliwie udziela nam swej pomocy. Po czym, zabezpieczywszy kajak od deszczu na głucho, w kurtach żeglarskich, bo deszcz wciąż pada, idziemy do Wojnowa.

 

W ogólnej sali miejscowej oberży znajdujemy imponujących brodaczy, którzy siedzą na ławach, z powagą gładząc brody. Oberżysta mówi z nami językiem rosyjskim, przeflltrowanym przez germańskie sitko. Otrzymujemy jakiś pokoik do spania i nieśmiertelną jajecznicę.

 

Wychodzimy na ulicę wiejską, z której obu stron stoją rosyjskie, budowane „w zrąb”, izby. Kobiety w chustkach, rosyjską modą zawiązanych pod brodą, stoją po zapłotkach. Mężczyźni mają capie bródki i u wielu z nich uderza typ podmongolizowany.

 

Dziwnie jest nagle znaleźć się Polakowi, będącemu pod ciśnieniem atmosfery niemieckiej, znajdującemu w każdej najmniejszej wioseczce, położonej w Puszczy Jańsborskiej, chałupy numerowane i Gasthaus, zdrowe maksymy hitlerowskie na płotach i reklamy – wobec szaleństwa, które przed stu laty wypełzło gdzieś ze stepów nadwołżańskich, z tundr nad Oceanem Północnym i które konserwuje się sobie tak pięknie w tym Wojnowie, niech mu będzie Eckertsdorf.

 

Na sektantów rosyjskich trafiałem już na ich emigracji. Z Mołokanami, osiedlonymi w delcie Dunaju, łapałem ryby na Morzu Czarnym. Kupowałem ich przedziwnie wypracowane ikony i słuchałem mądrej, płynącej jak patoka mowy starców.

 

Ale Mołokanie to gołębia sekta rosyjska. Ci tutaj, Filiponi, poczęli się z szaleńców Bożych. W 1700 roku zbuntowany przeciw nowym księgom patriarchy Nikona, przeciw nowinkom zachodnim Piotra mnich Filip na czele 150 braci popełnia exodus z klasztoru położonego nad Morzem Białym i idzie tułać się w tundry. Odrzucał hierarchię świecką i kościelną, tytoń, wódkę, herbatę i w bezsilnej, żarliwej, nieustannej walce z Antychrystem, który coraz bardziej opanowuje świat, w walce coraz bardziej beznadziejnej i która wydaje mu się przegrana, zaleca śmierć męczeńską i sam dobrowolnie ginie na stosie, roznieconym rękami wyznawców.

 

Śmierć, ofiara, męczeństwo - to najpotężniejsze drogi do dusz ludzkich, drogi tak szybkie, tak bezpośrednie, jakich nie umie budować pono największy budowniczy - rozum. W sto lat po buncie północnego mnicha już po całej Rosji są rozsiane skify jego obrządku - obrządku trzymającego się właściwie bez hierarchii kościelnej. Rząd rosyjski ucieka się do coraz ostrzejszych środków i sektanci emigrują do wszystkich krajów okolicznych, otaczających Rosję.

 

Rząd niemiecki, borykający sią z Drang nach Westen ludności Prus Wschodnich, wiecznie poszukujący materiału osiedleńczego dIa tej einzige deutsche Kolonie, zgodził się przyjąć Filiponów i oto miedzy 1828 r. a 1832 przywędrowało 38 rodzin sektanckich, w liczbie 213 osób.

 

Oglądali ich Niemcy jako curiosum. Przybysze na przykład nie mieli ani jednego guzika, uważając guziki za wynalazek diabelski (?). Ale że w krąg była szczera puszcza, do życia przybyszów nikt się nie wtrącał, sektanci okazali się spokojni i pracowici, przeto zrośli się z gruntem i okoliczną ludnoscią mazurską, wyspecjalizowali się w pewnych fachach, jak na przykład w handlu owocami po całych Prusach Wschodnich, pobudowali się moskiewską modłą, a nad brzegami Krutyny wyskoczył szereg domków - łaźni rosyjskich, ktore każda filipońska rodzina budowała dIa siebie.

 

Ale to życie, na zewnątrz idylliczne, wewnątrz nie przestawało bulgotać żarem  żywych religijnych namiętności. Filiponi w Prusach Wschodnich liczą obecnie 1000 dusz, dzielą się zaś aż na trzy odłamy wyznaniowe. Część ich wróciła na łono kościoła prawosławnego; w swoim czasie carskie poselstwo w Moskwie zajęło się nimi energicznie, przysłało misjonarza i obietnicę bezpłatnego nadziału gruntu w Rosji dla tych, którzy przyjmą prawosławie. Było to przed samą wojną; niefortunni neofici musieli wrócić, wypędzeni przez rewolucję, i obecnie stanowią gminę liczącą 200 osób.

 

Główną masę stanowią wyznawcy pierwotnego tołku. Ale jest też w Wojnowie odmiana  - zowią się „fiedosiejewcy”, którzy, uważając, że sprawa Boża na ziemi jest przegrana i nie da się Antychrystowi wyrwać globu ziemskiego, twierdzą, że należy wymrzeć i basta. Jest to tylko z rosyjską pryncypialnością rozwinięta nauka dobrowolnego męczennika Filipa, o tyle konsekwentna, że fiedosiejewcy uważają małżeństwo za dzieło szatana, ktory jest w tym zainteresowany, by na opanowanej przez niego ziemi płodzili się i jak najbardziej rozmnażali niewolnicy piekła.

 

Idziemy drogą do osiedla Wojnowo, wiodącą w wyniosłe mieszane lasy. Na skraju wielkiego, odwiecznego boru stoi skif - klasztor, w ktorym mieszkają mniszki tołku fiedosiejewskiego. Stajemy przed furtą skleconą z wielkich bierwion na kant ciosanych. Przypominają się legendame teremy drewniane, w ktorych ciężka i głęboka fantazja rosyjska, nasiąkła eurazyjskimi tęsknotami, umieszczała rozpaczajace  „ksienie”, ciężkich bogatyriej w spiczastych czapkach, żar-ptaki, ryby śpiewające i koty opowiadające dziwne i przejmujące bajki.

 

W judaszu furty klasztornej ukazuje się chytre oko „posłusznicy”. Klasztor dla zwiedzających już zamknięty, mamy przyjść jutro. Legitymuję się jako dziennikarz. Babulina chytrze taksuje przybyszów i idzie spytać przełożonej. Nie, dzisiaj przyjąć drogich gości nie może, bo cztery brytany spuszczone są ze smyczy i żadną siłą przed wschodem słońca zagnać ich się nie da.

 

Odchodzimy tedy jak niepyszni, podczas gdy od czarnego lasu pada szybki zmrok. W klasztorku zapala się w jakimś okienku swiatełko. Z oddali wygląda cały klasztor jak drewniany domek z klocków. Domek mruga gniewnie krwawym okienkiem za oddalającymi się dziećmi Antychrysta. Cztery brytany tam pewno wewnątrz chodzą w kółko jak kot z ballady Puszkina, po łańcuchu w krąg (idiot na prawo - piesń zawodit, na lewo - skazku goworit...) Tuż za klasztorem połyskuje jezioro. A może z jego toni wynurzy się „trzydziestu przepięknych witeziów”?

 

Nie ma co tracić czasu. Zostawiam Sancho Pansę w gospodzie, sam zaś idę do drugiego ośrodka religijnego, do prawosławnego popa. Na przygórku nad wsią wznosi się drewniana cerkiewka, tak nieskończenie brzydka, tak trywialna, jak tylko mogą być trywiaIne cerkwie, oderwane od właściwego tła i przeniesione gdzieś do Europy.

 

Pod filarkami cerkiewki, pięknie wymalowanymi w jakiś kolorek niebieski nader „allelujowaty” i duszespasitielnyj, spotyka mnie jakiś wykrzywiony Quasimodo z capią bródką i oczami jak węgiel, zasnutymi słodyczą chrześcijańską i biegającymi niespokojnie i chytrze. Jest to zakrystian. Zaraz poprosi batiuszkę.

 

Batiuszka Awajew jest to wspaniały typ bizantyjczyka. Mężczyzna czterdziestoletni o kruczej brodzie, zrośniętych łukach brwi i o wielkich oczach, nalanych tęsknotą i okrucieństwem. Żałuję zawsze tych ludzi, zmuszonych do przebywania na zachodzie, na którym muszą się czuć jak orły w klatce. Tam, na wschodzie, w lepkiej mazi pochlebstwa i despotyzmu, jest miejsce na niesamowite ascetyzmy i niesamowite zbrodnie.

 

Bardzo nudno jest zapewne batiuszce Awajewowi w Dorf Eckertsdorf, Kreis Sensburg, Regierungsbezirk Allenstein, Provinz Ostpreussen. Ongiś jako oficer gwardii szedł na to Ostpreussen na czele wielkich drabów w papachach. Pułki śpiewaly Sołowiej, Sołowiej - ptasziiiczkaa, pękały lady kupieckie od uderzeń niecierpliwych kolb, fruwaly złote zegarki, a oszalałe, pokrwawione kobiety wyły w domach Ejdkun i Insterburgu.

 

Dzisiaj czasy się zmieniły. Piękny, zabójczy brunet, gwardzista, porucznik Awajew, zabrany został do niewoli, zgarnięty z całą rotą, z całym batalionem, pułkiem całym, w ogromnej liczbie brygad i korpusów. Smiriłsia por. Awajew. Poczuł siebie rabem Bożym.

 

- Czy zna pan biskupa Eulogiusza?

 

Jażebym nie znał Eulogiusza Chełmskiego. Ileż wieczorków mi popsuł - urządzaliśmy żalobę z powodu oderwania Chełmszczyzny. A potem w Kazaniu... wydobyliśmy partię wygnańców naszych aż z Turkiestanu. Szwarcowało się ich w górę Wołgi, aby cichcem przewieźć na kontrakty roIne do polskich majątków na Białoruś i Ukrainę; aby byli tuż przy pasie przyfrontowym. Zatrzymał ich w wioseczce Tietiusze ekscelencja chełmski, gubemator Koszkariow. „Panie gubernatorze, ludzie między tymi Tatarami w Tietiuszkach pomrą z głodu” - tłumaczyłem.

 

Otyłe ciało generała, krewnego oberhycla, premiera Stuermera, pochyliło się ku mnie z fotela, aż „Anna” na szyi zadyndała w powietrzu: „Nie, drogi panie, nie puszczę ludzi na zachód; ot, jak odwojujemy tę ziemię, wrócimy z drogim biskupem Jewłogiem, wtedy uporządkujemy drogi, oczyścimy studnie i - miłości prosimy - raczcie, bieżency, pożałowat' z powrotem na naszą Chełmską Ziemię prawosławną”.

 

No więc właśnie Eulogiusz siedzi teraz w Paryżu i u niego porucznik gwardii Awajew, jeniec niemiecki, otrzymał święcenia.

 

Pragnę rozgadać batiuszkę. Opowiadam mu o Sienkiewicza wspomnieniach z Maripozy, o latarniku. Czy nie doświadcza podobnych uczuć jako jeden jedyny pop w całych Prusach Wschodnich, rzucony  tu bez prawa wyjazdu za granicę (ma paszport nansenowski), pośród ludności, która w olbrzymiej większości ma go za Antychrysta?

 

Nie puszcza farby batiuszka. Gładzi krucza bródkę i wykręca się ogólnikami o służbie Bożej.

 

Ech, batiuszka, batiuszka - nie zdarzyło się nam gdzieś popić; jeszcze byśmy znaleźli wspólny język i dogadali się w tej niewoli u Chanaanejczyków.

 

Na drugi dzień idziemy ponownie do klasztoru fiedosiejewców. Tym razem furta się otwiera. W cerkwi wita nas przełożona – taka sobie babulina, której spod czarnej chusty wyglądają dwa długie czarne warkocze, przewiązane jak na mysich ogonkach czerwonymi wstążeczkami.

 

Ma prostą słowiańską twarz babulek, ktore przychodzą na targi do miasteczek na prowincji rosyjskiej.

 

Babulina jest rozmowna. Zasiedliśmy w cerkiewce klasztornej, w której ikonostasy od góry do dołu zawieszone są ikonami w sztywnych, metalicznych, naszytych szychem i swiecidłami szatach. Dogadaliśmy się o rodzinnym Czystopolu, z którego emigrowała przed trzydziestu laty wraz z matką, kupiecką doczką. Matka kupila tę ziemię i założyła klasztor. Mieszka w nim teraz dwadzieścia kobiet z których dziewięć tylko może pracować. Żyją nędznie, przeważnie kaszą, trochę im spływa z opłat turystycznych, są bowiem  w przewodnikach znaczone jako berühmt i oznaczone gwiazdką. Cierpi z powodu tych gapiów niemieckich, ale zabronić tego nie może, choćby z powodu wyraźnego  życzenia Landrata, który uważa, że klasztor przyczynia się do wzmożenia ruchu turystycznego w powiecie.

 

Rozpakowaliśmy sobie węzełki wspomnień jak zgłodniali pątnicy. Przykucnęliśmy na tych tu ławach, rozwijamy smakołyki i częstujemy się wzajemnie. A pamięta matka, jakie to w Czystopolu były riady na rynku, drewniane lady, za którymi wschodnią bazarową modłą siedzieli brodaci kupcy? A rybaż jaka tam była, ryba z Wolgi, mój Ty Boże! Nie jakieś tam parszywe hechty i horsy z tutejszego jeziora... A samowar czy nieboszczyk ojciec kazał sobie stawiać?

 

- Kazał, oj kazał... A matka nieboszczka to pobożna była, pobożna, świeć, Panie, nad jej duszą. To, bywało, godzinami klęczy przed tą tu świętą ikonką. A ikonka ta, jak tylko Wielki Piątek przyjdzie, to tak i płacze, tak i płacze żywymi łzami. Sama widziałam. I wszyscy. To jak już tylko Wieiki Piątek przychodził, to tak i czeka cały Czystopol. Płaczą tam, narzekają, modlą się, jęczą aż strach bierze patrzeć.

 

No i zamyśliła kiedyś matka łzy otrzeć Najświętszej Panience. Wzięła kawałek czystego plótna lnianego i zebrała łzy najświętsze. Na twarzy Przeświętej Bogarodzicy zostały żłobki białawe w miejscach, gdzie potarto obraz plótnem. I od tego czasu nie płacze już gołubuszka, nie zapłakała ani razu.

 

Patrzę na małą ikonkę, z której wyłania się surowa, ciemna twarz bizantyńskiej Madonny. Pewno to sugestia, ale oczy jej wydają mi się spłukane łzami, wyblakłe, pełne tego wiecznego zaziemskiego smutku, który przestaje już być smutkiem, jest skamieniałościa zaświata. Wychodzimy do ogródka klasztornego, w którym, między grobami w Bogu odpoczywających wiernych, chodzi słońce. Przełożona siada na ławeczce z Tirliporkiem, który nie rozumiał naszych rozmów, ale jest nadęty i wzruszony. Tirliporek jest w spodniach z cwiczeniówki i w kurcie żeglarskiej; niezbyt to odpowiedni strój na zwiedzanie miejsc Bogu poświęconych, ale przełożona zdaje się tego nie widzieć; gładzi Tilusię po twarzy i pyta o imię.

 

- Marta - mówi Tili.

 

- Marfa. Ot, co ja tobie powiem, Marfoczka, zostawaj z nami w klasztorze. Robótek ciebie pięknych nauczę, pokażę, jak konfitury dobre się robi. Strach, jak chciałabym mieć taką młodą posłusznicę. Zostawaj, Marfoczka, jak ci się nie podoba, to ciebie tatuś zabierze.

 

Jakaś dziwna słodycz spływa na nas w tym ogródku, że propozycja ani dla mnie, ani dla Tilusi nie wydaje się dziwną. Manipuluję aparatem, chcąc sfotografować przełożoną, bo tego robić nie można; muszę więc udawać, że obiektyw kieruję w bok. I nagle czuję, że zapomniałem, który rygielek należy poruszyć, aby się odsłoniła migawka. Fotografuję tym aparatem masami od czterech lat. Zaczynam się denerwować, bo przecież to coś niesamowitego. Naciskam kolejno dźwigi od diafragmy, od migawki, psuję kliszę, mylę się, przekręcam coraz nowe filmy. Potem okazało się, że z całej rolki bzdur jako tako wyszło jedno tylko zdjęcie, które tu reprodukuję.

 

Żegnamy się w wielkiej przyjaźni, obdarowani obrazkami. Tirliporek, który jest w ogóle hardy i pozwala sobie nawet ku zgorszeniu ojca shake-handować się z leciwymi matronami, teraz nagle pochyla się do ręki babuliny i całuje ją.

 

 

POWRÓT