ANNA ZIELIŃSKA

 

STAROOBRZĘDOWCY W HAMBURGU. STUDIUM ZŁOŻONEJ TOŻSAMOŚCI

 

POWRÓT

 

Staroobrzędowcy - inaczej starowiercy są z pochodzenia Rosjanami, mieszkają w wielu krajach na całym świecie. Zachowują oni obyczaj i ceremonię rosyjskiego prawosławia z czasów poprzedzających reformę patriarchy Nikona wprowadzoną w połowie XVII w. Zmiany Nikona polegały między innymi na rewizji Pisma św. i tekstów liturgicznych Zabroniono żegnania się dwoma palcami, a nakazano trzema, dotychczasowy obrzęd chrztu przez trzykrotne zanurzenie w wodzie zmieniono na polewanie. Zmniejszona została liczba i charakter pokłonów, a krzyż ośmioramienny zamieniono na cztero- lub sześcioramienny. Reformy, z przyczyn politycznych mające przybliżyć cerkiew rosyjską do greckiej, religijni Rosjanie odbierali jako bluźnierstwo przeciwko Bogu, jako zagrożenie nie tylko dla wiary, ale też dla całej kultury narodowej. Ci, którzy nie chcieli przyjąć nowego byli okrutnie prześladowani, nawet karani śmiercią. Dlatego, aby móc kultywować rosyjską tradycję religijną i narodową w nienaruszonym stanie, musieli uciekać za granicę. Przodkowie staroobrzędowców, którzy dziś tworzą w Polsce dwutysięczną mniejszość religijną przybyli z ziemi pskowskiej, co zostało ustalone przez I. Grek-Pabisową na podstawie badania ich rosyjskiej gwary (Grek-Pabisowa 1968, s. 12). Na ziemi suwalsko-sejneńskiej pierwsi staroobrzędowcy pojawili się jeszcze przed 1789 rokiem. Historię ich osiedlania się przedstawia w swojej monografii E. Iwaniec (1977).

 

Staroobrzędowcy początkowo osiedlali się na północnym wschodzie, tworząc istniejące do dziś ośrodki suwalsko-sejneński i augustowski. Około 1830 roku część starowierców z Suwalszczyzny i Augustowszczyzny przesiedliła się do Prus Wschodnich. Pod panowaniem pruskim staroobrzędowcy żyli już wcześniej, po trzecim rozbiorze Polski, od 1795 do 1807, cieszyli się dużą swobodą religijną i dobrymi warunkami ekonomicznymi. Do listopada 1830 roku przybyło 226 przesiedleńców (Jakubowski 1961, s. 85). Część terenów zaoferowanych osadnikom znajdowała się nad jeziorem Bełdany, większość zaś nad rzeką Krutynią, w okolicy Ukty. W 1831 roku została założona wieś Wojnowo (Eckertsdorf), później powstały kolejno wsie: Zameczek (Schlösschen) - 1831, Gałkowo (Galkowen) - 1831, Mościszki (Nikolaihorst) - 1831, Śwignajno (Schönfeld) - 1832, Piaski (Piasken) - 1832, Kadzidłowo (Kadzidlowen) - 1832, Piotrowo (Peterhain) - 1832, Osiniak (Fedorwalde) - 1832, Iwanowo (Iwanowen) - 1840. Według danych pruskich, kolonie staroobrzędowców liczyły w 1832 roku 300 mieszkańców (Jakubowski 1961, s. 85). W 1833 roku rząd zrównał staroobrzędowców w prawach z innymi poddanymi pruskimi (Jakubowski 1961, s. 86). W 1839 roku została przeprowadzona rejestracja ludności wsi zamieszkałych przez staroobrzędowców. W. Jakubowski wyciągnął wniosek, że od pierwszych lat osiedlania się w tym kraju starowiercy zamieszkiwali wspólnie z miejscową ludnością mazurską (Jakubowski 1961, s. 90). Według tego spisu, mieszkało tam wówczas 790 staroobrzędowców. Mniej więcej około roku 1870 Wojnowo staje się ważnym ośrodkiem życia religijnego. Niejednokrotnie odbywały się tu sobory, a w osiedlach staroobrzędowców pojawiali się mnisi. Pierwszych nastawników, czyli przywódców duchownych wyznania staroobrzędowego gmina sprowadzała z Rosji. W 1847 roku w Wojnowie ukończono budowę klasztoru staroobrzędowców pod wezwaniem Zbawiciela i Trójcy (Spas-Troicki). Wojnowo staje się ośrodkiem Fiedojesiewców. W Piszu (Johannisburg) powstaje drukarnia ksiąg liturgicznych i teologicznych dla staroobrzędowców. Po odejściu z klasztoru Pawła Pruskiego - pierwszego przełożonego klasztoru wśród staroobrzędowców mazurskich - rozpoczęli pracę misjonarze prawosławni propagujący jednowierie. Nawróceni na jednowierie wyjeżdżali do Rosji, m.in. wyjechali wszyscy mieszkańcy wsi Zameczek - około 50 osób (Jakubowski 1961, s. 98).

 

Emigracja części społeczności staroobrzędowców do Prus w połowie XIX wieku spowodowała poważny rozłam, ponieważ emigranci znaleźli się w sferze wpływów kultury niemieckiej. Po II wojnie światowej zbrodnicza polityka polskich władz wobec ludności autochtonicznej oraz inne czynniki, też ekonomiczne, doprowadziły do prawie całkowitej emigracji rdzennej ludności mazurskiej oraz staroobrzędowców do Niemiec. W mazurskich wioskach pozostała molenna (świątynia), klasztor i tylko garstka starszych staroobrzędowców (Zielińska 1996, s. 28-31).

 

Staroobrzędowcy w ośrodkach suwalsko-sejneńskim i augustowskim są dwujęzyczni. Wszyscy znają język polski[1], ale w swoich domach posługują się rosyjską gwarą przyniesioną z terenów macierzystych[2]. Na Mazurach są trójjęzyczni, mówią po polsku, po niemiecku i rosyjską gwarą. Do dzisiaj kultywują starą rosyjską tradycję i religijny obrzęd. Ich Kościół nosi nazwę: Staroprawosławnej Pomorskiej Cerkwi i jest reprezentowany przez Naczelną Radę Staroprawosławnej Pomorskiej Cerkwi w Rzeczypospolitej Polskiej[3].

 

Większość staroobrzędowców, którzy wyemigrowali do Niemiec osiedliła się w Hamburgu. Nie tworzą tam zorganizowanej zarejestrowanej prawnie mniejszości religijnej, nie mają molenny, ani nastawnika (przywódcy duchowego). Trudno jest ustalić, ilu staroobrzędowców tam mieszka, ale liczbę rodzin utrzymujących jeszcze ze sobą kontakty i nie do końca zaasymilowanych - przyznających się do swojego pochodzenia, szacuje się na ok. 30-40.

 

W badaniu tożsamości członków tak niewielkiej grupy społecznej jedyną właściwą metodą jest metoda biograficzna, polegająca ma analizie relacji autobiograficznych. Staroobrzędowcy w Hamburgu są zbiorowością nie tylko niewielką liczebnie, ale też ulegającą stopniowej dezintegracji. Jej członkowie prezentują bardzo różne postawy wobec wspólnego dziedzictwa kulturowego, kwestii narodowościowych. W rozmowie ze mną często zaznaczali: tak było w naszej rodzinie, tak ja to widzę, a nie wiem jak inni. Trudno zatem mówić o jednolitej tożsamości grupowej staroobrzędowców. Można natomiast spróbować przedstawić ich tożsamość indywidualną. O tym, że warto opisywać poglądy, tożsamość i życie jednostek chyba nie trzeba już nikogo przekonywać. Metoda biograficzna została przedstawiona i zastosowana w kilku bardzo ważnych pracach z interesującymi rezultatami[4]. Jednostki są reprezentantami swoich grup; z jednej strony procesy społeczne i historyczne wpływają na życiorys i poglądy jednostki, a z drugiej strony indywidualne emocje i czyny mają wpływ na owe procesy.W jednostce ludzkiej jak w soczewce skupia się i jak w zwierciadle odbija dziejąca się wokół rzeczywistość” - pisze K. Handke (1992, s. 193).Treści relacji zawierają zawsze informacje na temat stosunku informatora do swojej społeczności i kultury, do obcych kultur, ocenę wydarzeń historycznych i współczesnych. Analizując autobiografie i zawarte w nich poglądy, badacz ma niepowtarzalną możliwość poznania „od wewnątrz” warunków życia charakterystycznych dla całej zbiorowości, może określić więzi łączące ludzi, znaleźć to, co dla nich ważne, poznać ich sposób myślenia, opisywania świata, ich pojęcia. Tylko rozmawiając i słuchając człowieka, można poznać jego tożsamość. Tej szansy nie daje metoda ankietowania i kwestionariuszowa. Ankieta i kwestionariusz zawierają bowiem gotowy schemat, oparty na systemie pojęć badacza, a nie informatora. Nie dają informatorowi szansy swobodnego wypowiadania się i wskazania rzeczy z jego punktu widzenia istotnych (por. Engelking 1996). W zbieraniu materiału ważne jest zmniejszenie dystansu między badaczem a informatorami. Dlatego w czasie swojego pobytu w Hamburgu starałam się często przebywać ze staroobrzędowcami, spędzać z nimi wolny czas, rozmawiać, a nie tylko wypełniać przygotowany kwestionariusz[5]. Było to możliwe dzięki ich gościnności i dobremu zrozumieniu moich intencji. Nawiązywanie kontaktów z nimi nie było jednak łatwe, a warunki, jakie mi postawili w trakcie zbierania materiału bardzo utrudniały pracę: po pierwsze nie pozwalano mi nagrywać wywiadów na magnetofon, po drugie nie wolno mi podawać danych personalnych informatorów[6]. Podstawę materiałową stanowią zatem notatki z wywiadów oraz bezpośrednie obserwacje zachowań. Badaniem objęłam 10 rodzin.

 

Poczucie odrębności społeczności staroobrzędowców w Hamburgu kształtuje się przede wszystkim na podstawie świadomości wspólnego pochodzenia i wspólnych losów. Członków tej społeczności łączy zatem posiadanie przodków staroobrzędowców oraz przeżycie wydarzeń historycznych, które wpłynęły na podobieństwo ich losów. Najważniejszym historycznym odniesieniem dla nich były tragiczne przeżycia w czasie II wojny światowej, trudne lata powojenne w Polsce Ludowej, wreszcie emigracja do Niemiec. Pamięć o przeszłości i pochodzenie z mazurskich wiosek włącza staroobrzędowców do znacznie szerszej społeczności, zróżnicowanej religijnie, imigrantów z Prus Wschodnich[7]. Dlatego na przykład na wesele zaprasza się całą wioskę, całe Wojnowo, a więc nie tylko staroobrzędowców, też prawosławnych i ewangelików. Mówiąc nasi ludzie staroobrzędowcy mają na myśli nie tylko swoich współwyznawców, ale wszystkich pochodzących z Wojnowa, Gałkowa, Ukty i innych pobliskich wiosek. Dopiero potem następuje uściślenie, że ktoś jest z naszej wiary. Staroobrzędowcy zatem, mimo swojej odrębnej, wywodzącej się z Rosji kultury, której rdzeniem jest staroprawosławna religia i rosyjska gwara, w Hamburgu identyfikują się ze społecznością mazurską na zasadzie wspólnoty losów. W pierwszej części artykułu przedstawię analizę tych przeżyć i doświadczeń[8] staroobrzędowców, które wiążą ich losy z losem innych imigrantów Mazurów.

 

W Prusach Wschodnich staroobrzędowcy mieszkali w sąsiedztwie Mazurów. Niektórzy mężczyźni pracowali razem przy wyrębie lasu. Kontakt z Mazurami był na tyle częsty, że część starowierców nauczyła się od nich gwary mazurskiej[9]. W latach trzydziestych polityka Niemiec zmierzała do germanizacji Mazurów: „Młode pokolenie Mazurów w latach poprzedzających II wojnę światową było socjalizowane na gruncie języka niemieckiego i proces ten można określić w kategoriach łagodnego przechodzenia od tożsamości mazurskiej do niemieckiej” (Domagała 1996, s. 50). Z wywiadów przeprowadzonych ze starszymi staroobrzędowcami mieszkającymi zarówno na Mazurach, jak i w Hamburgu wynika, że Mazurzy są postrzegani przez nich jako Niemcy, mówiący swoim językiem mazurskim: Polacy tu nie mieszkali na naszych wioskach, ale byli Mazurzy, no Niemcy, ale po niemiecku ci starsi nie mogli, tylko po polsku, to znaczy po mazursku mogli i my między nimi nauczyli się; - tłuma-czył informator z Ukty urodzony w 1935 r. (Zielińska 1996, s. 51); Po polsku nauczyłam się sama z sąsiadami Mazurami, chociaż byli Niemcami, mogli po polsku - opowiada kobieta z Hamburga urodzona w 1928 r. w Osiniaku. Zauważane są różnice między polszczyzną i gwarą mazurską: [...] my myszleli[10], mazurskie to jest polskie, ale to nie. Teraz zobacz, po mazursku to się mówi zierciadło, czy tam Polak to mówi zierciadło? A Mazur zierciadło. Ale Polak mówi lustro, nie? Teraz, u Mazurów to co było okrągłe, to było kółko i jak to z niemieckiego to było Fahrrad, nie, [...] ale przyszli Polaki, przyszli, to jest rower. To trzeba było się uczyć. Teraz Mazur mówił kwas, Polak ocet. Mazur szwyble, a Polak zapałki. To różnica między mazurskim a polskim. Myszlelismy, że mazurski to polski, a to nie było. To jest specyjalna mowa mazurska - opowiada kobieta urodzona w 1920 r. w Wojnowie (Zielińska 1996, s.151-152).

 

Silny związek języka domu z religią nie pozwolił na tak silną germanizację staroobrzędowców jak to miało miejsce w przypadku Mazurów, część rodzin jednak przyjęła przed wojną język niemiecki i zaczęła się asymilować z kulturą niemiecką. Sprzyjały temu procesowi niemiecka szkoła i organizacje, między innymi Hitlerjugend[11].

 

W czasie II wojny światowej staroobrzędowcy, tak jak Mazurzy, walczyli w szeregach Wehrmachtu. W końcu 1944 na teren Prus Wschodnich dotarła Armia Czerwona i zaczęła się gehenna rdzennej ludności. Radzieccy żołnierze z takim samym okrucieństwem traktowali miejscowych Niemców, Mazurów[12] i staroobrzędowców. Paradoksem było, że właśnie starowiercy z racji posługiwania się językiem rosyjskim byli szczególnie prześladowani, ponieważ podejrzewano ich o szpiegostwo lub przynależność do własowców. Wielu zostało wówczas zabitych lub zesłanych na Sybir: Na przykład taki [...] on był w wojsku niemieckim, pod Stalingradem, potem do Rosji wywieziony. Tam siedem lat pracował. Nawet Rosjanie podejrzewali, mówili, ty przecież jesteś robotnik, po co tobie trzy języki, ty umiesz po niemiecku, po rosyjsku, po polsku - opowiada o losach swojego współwyznawcy z Gałkowa staroobrzędowiec mieszkający w Mrągowie. Historia opowiedziana przez kobietę urodzoną w 1928 w Osiniaku, teraz mieszkającą w Hamburgu, może służyć jako ilustracja losów mazurskich staroobrzędowców: Osiem lat chodziłam do Volksschule[13] w Wojnowie, potem do Mrągowa do Berufschule[14]. Nie skończyłam, bo przyszli Rosjanie, wkroczyli w styczniu. Ojciec był wtedy w niemieckim wojsku. Z matką i rodzeństwem uciekli z domu i ukrywali się w lesie i w różnych gospodarstwach. Niestety, żołnierze ich dognali, została wtedy zgwałcona. Udało się im ponownie uciec i na dwa miesiące znaleźli schronienie w klasztorze staroobrzędowców w Wojnowie. Potem została wywieziona do Rosji, a matka z siedmiorgiem młodszego rodzeństwa pozostała w klasztorze.

 

Informatorka powiedziała, że wywózki zaczęły się ok. 21 kwietnia 1945 roku, objęły ok. 12 tysięcy osób. Ona do 1950 roku była w Czuwaszskiej SSR zwischen Gorki und Sawar[15]. Na Syberii cierpiała głód, do tej pory z tego powodu choruje. W 1950 roku pozwolono jej prosto z Syberii wyjechać do NRD, gdzie mieszkała jej ciotka. Dopiero z NRD na zaproszenie swojej matki mogła wrócić na Mazury. Do domu wrócił też ojciec. Rodzina zamieszkała w Rucianem-Nidzie. Informatorka szybko wyszła za mąż za staroobrzędowca i zamieszkała z nim w Wirgynach. Życie w Polsce przynosiło jednak wciąż nowe rozczarowania. Trudności wynikały między innymi z faktu, że ani w rodzinie informatorki, ani w rodzinie jej męża nikt nie znał polskiego: Pokolenie rodziców mówiło po rosyjsku. Rosyjskim takim z klasztoru. My mówili bulba, a po rosyjsku richtig[16] kartoszka. Mama z tatą i do dzieci po rosyjsku w czasie przedwojennym [mówili]. W Polsce na początku lat pięćdziesiątych rodzice rozmawiali ze sobą po rosyjsku, a dzieci po niemiecku. Dzieci ze sobą po niemiecku, ten niemiecki szedł najlepiej. Po wojnie z siostrami rozmawiałam po niemiecku, ten rosyjski nie szło, bo my przyuczyli się tylko z klasztoru. W rodzinie męża w domu mówiono tylko po niemiecku, po polsku i po rosyjsku tam nie mówili. Po rosyjsku nie mówiliśmy fliessend[17], a mąż zupełnie nie mówił. Mamy dwóch synów [urodzeni w 1953 i 1956]. Do szóstego roku życia dzieci mówiły tylko po niemiecku. Nauczyciele mieli do nas pretensje, że synowie nie potrafili mówić po polsku. Tylko trochę umieli z ulicy, dla nas było trudno. Po polsku później się nauczyłam z sąsiadami. Jedenfalls[18] po niemiecku. Nikt po polsku nie mówił. U nas w domu było rozmawiane[19] albo po rosyjsku albo po niemiecku. Rodzice informatorki początkowo nie myśleli o emigracji, próbowali nauczyć się polskiego i przystosować się do nowej sytuacji: Mama rozmawiała z ojcem po rosyjsku, ale gdy była Polska, to starali się mówić po polsku. Rodzice uczyli się sami od ludzi. Informatorka też nauczyła się polskiego, czytając gazety, rozmawiając z osiedleńcami z centralnej Polski, ale w domu nie mówiła po polsku. Mąż, który pochodzi z niemieckojęzycznej rodziny nie akceptował życia w Polsce i nie próbował się przystosować. Starania o wyjazd rodzina rozpoczęła na początku lat siedemdziesiątych, ale dopiero w 1980 udało się wyjechać do Hamburga.

 

Rodzice między sobą rozmawiali po niemiecku - opowiada kobieta urodzona w Ukcie w 1955 roku - Ojciec mówił, że wróci do Heimat, bo był w niemieckim wojsku. Taty rodzina bardziej orientowała się na niemiecką stronę. Mamy rodzina bardziej w gwarze, była bardzo religijna. Informatorka opowiadała, że rodzice nigdy nie nauczyli się polskiego. Ojciec był nieakceptowany w pracy: Ojciec nie chciał w pracy pić i kraść, dlatego Polacy wyzywali go od Szwabów i raz zaatakowali go nożem. Miał zupełnie inny stosunek do pracy, uważał, że trzeba zawsze dobrze pracować, dlatego Polacy go nienawidzili. Po wielu latach starań cała rodzina wyjechała w 1977 roku do Hamburga.

 

Niektórzy informatorzy podkreślali, że doznali wielu krzywd od rosyjskich żołnierzy, z polskimi osiedleńcami żyli natomiast w zgodzie: Po wojnie rodzice się ukrywali. Ze strony Rosjan doznali wielu krzywd, ze strony Polaków nie (kobieta, ur. w 1948 w Wojnowie, od 1980 w Hamburgu); Największa emigracja była w latach siedemdziesiątych. Wcześniej nie było możliwe. Zaraz po wojnie mój wujek poszedł do Ameryki. Przez tą wojnę, to wszyscy musieli z Wojnowa za Odrę. Przyszli rosyjscy żołnierze i musieliśmy flüchten[20]. Jesteśmy jak Cyganie (kobieta, ur. w 1956 roku w Wojnowie, od 1976 w Hamburgu).

 

Podobieństwo przeżyć i doświadczeń staroobrzędowców do losów Mazurów jest ogromne, wystarczy porównać z licznymi relacjami przedstawionymi w książkach A. Saksona (1990), B. Domagały (1996), Z. Kurczą (1994).

 

Staroobrzędowcy związani są zatem przez wspólnotę losów ze społecznością pogranicza - Mazurami[21]. Od pokoleń żyją w miejscu krzyżowania się kulturowych wpływów niemieckich i polskich, ale mają w swojej kulturze jeszcze jeden komponent i to najważniejszy - rosyjski - wiarę, obrzęd i język. W warunkach wielokulturowości i wielojęzyczności kształtują się bogate i złożone ludzkie tożsamości. Tożsamość jest odpowiednikiem „koncepcji siebie” (Bokszański 1989; Domagała 1996, s. 20). Rozumiem ją jako strukturę składającą się wielu płaszczyzn (por. Kłoskowska 1996), z których najważniejsze to: religia, świadomość narodowościowa i państwowa, związek z terytorium, wiedza o swoim pochodzeniu.

 

RELIGIA

Religia i rosyjska gwara stanowią rdzeń kultury staroobrzędowców. Gwara jest jednym z najtrwalszych elementów rosyjskiej obyczajowości, które splecione z religią tworzą tradycyjny system wartości. Stosunek do kultury tradycyjnej przejawia się w deklaracjach i zachowaniach, zaznacza się w sferach emocji i praktyki. Staroobrzędowcy w Niemczech nie mają żadnej organizacji ani molenny, ani nastawnika. Tradycyjnie bogate życie religijne staroobrzędowców ogranicza się z konieczności do modlitwy - samemu lub w małej grupie bliskich krewnych i znajomych. W domach starszych osób są prawosławne krzyże, ikony, podruczniki[22], liestowki[23], modlitewniki. Jeden z mężczyzn wyrabia tradycyjne świece z pszczelego wosku. Nie dla wszystkich przedmioty kultu pełnią funkcję sakralną. W niektórych rodzinach są tylko pamiątkami po przodkach. Dla kobiety urodzonej w 1926 roku w Osiniaku przywieziona z Mazur liestowka nie służy już do modlitwy, ale jest przedmiotem mającym wartość sentymentalną, rodzinną pamiątką, która będzie przekazana dzieciom i wnukom, żeby nie zapomniały, kim byli ich przodkowie.

 

Na większe święta praktykujący staroobrzędowcy starają się zebrać razem. Od początku lat osiemdziesiątych życie religijne, wspólne modlitwy odbywają się u jednej z rodzin. Teraz przychodzi kilkanaście osób, przede wszystkim starszych, kilka lat temu więcej, ok. 20-30. Nie jest łatwo zorganizować takie spotkanie, ponieważ staroobrzędowcy mieszkają w różnych dzielnicach Hamburga i starszym, często chorym ludziom trudno jest poruszać się po mieście. Osoby pracujące mają dodatkowy problem, ponieważ dni, na które przypadają święta prawosławne są dniami pracy: Wielkanoc, also[24]- mnie to zawsze nie poszło, bo to były inne dni, ja muszę mieć Ostern[25], kiedy mam frei[26]. Oni tam w tym Glauben[27] cały tydzień mieli święta. Dziadkowie mieli rentę, to świętowali (kobieta, ur. w 1956 w Wojnowie). W Hamburgu jest kilka osób ze starszego pokolenia, które potrafią odprawiać nabożeństwo. Nie mogą czytać Ewangelii, ponieważ to wolno tylko nastawnikowi; w zastępstwie wykonują 17 pokłonów. Nabożeństwa świąteczne nagrane są na kasety magnetofonowe. Starsi często wyjeżdżają na święta Wielkanocne do Wojnowa, wtedy ich dzieci modlą się, powtarzając nagrany tekst i melodię. Przekaz tradycji religijnej między pokoleniami został przerwany. Spotkałam zaledwie kilka osób urodzonych po wojnie, które się modlą, powtarzając słowa po rodzicach, nie rozumieją jednak ich znaczenia. Uważają, że wiara jest ważna i są osobami wierzącymi, ale praktyka wydaje się im bardzo skomplikowana, wymagająca zbyt wiele czasu: My - młodzi nie rozumiemy tej religii, ale modlimy się. W Gałkowie Uma[28] mnie uczyła. Uma brała do klasztoru. Potem, jak chodziłam do szkoły, to się zatarło. Mama się modliła, ale mieszkali daleko od molenny i nie chodzili. Dopiero z teściami [już w Hamburgu] na nowo nauczyłam się modlić. Pamiętam, co Uma uczyła. Na święta stoimy, modlimy się, ale nie rozumiem. Mąż od dziecka jest tak wychowany. Teściowie są bardzo wierzący. W niedzielę modli się rodzina, w święta przychodzą też obcy, kilkanaście osób. W czasie świąt u nich [u teściów] się nie pierze i nie robi porządków (kobieta, ur. w Gałkowie w 1964 r., od 1980 w Hamburgu). Ze średniego pokolenia staroobrzędowców, urodzonych po wojnie w Polsce, jest tylko kilka osób praktykujących, chociaż, jak już było wspomniane, ich wiedza na temat swojej religii jest bardzo mała. Z powodu braku czasu większość starowierców tej religii nie kultywują. Nie pielęgnują kontaktów z ludźmi; Babcia pokazała jak czytać, modlić się, ale to było zbyt skomplikowane i nie pamiętam tych rzeczy - tłumaczą kobiety ze średniego pokolenia.

 

Tylko mała garstka - kilkanaście osób - spędza święta według starego obrzędu. Dużym zaskoczeniem jest, że niektórzy staroobrzędowcy (również ze starszego pokolenia) chodzą na święta Wielkanocne do prawosławnej cerkwi lub do kościoła katolickiego, albo do ewangelickiego. W tych dwóch przypadkach zmieniają też termin świąt. Na moje pytanie, czy staroobrzędowcy mogą chodzić do cerkwi i innych kościołów, zwykle słyszałam odpowiedź: Bóg jest jeden. Jo, jo, to właściwie niedobrze, ale Bóg jest jeden. Innego kościoła nie ma. A na święta chce się pójść do kościoła. Ciężko jest modlić się samemu. Ja ksiąg nie mam. Ja modlić się mogę dużo na pamięć. Pół mszy to ja mogę tak bez niczego, mogę po kolei. Ale potem to trzeba mieć księgi, jak nie masz ksiąg, to nie możesz - wyjaśnia jedna ze starszych kobiet. W cerkwi modli się po swojemu, nie przyjmuje komunii. Ta informatorka utrzymuje bliskie kontakty z prawosławnymi, którzy przybyli również z Wojnowa. I tak często bywa, jeżeli ktoś ze starowierców przyjaźni się z prawosławnymi, chodzą razem do cerkwi: Córka pracowała w knajpie u Greka, to razem z Grekami chodziła do cerkwi, bo to jedna wiara (kobieta, ur. w 1921 roku w Wojnowie). Są też rodziny religijnie mieszane: starowiersko - prawosławne: Ona ma chłopa prawosławnego, to chodzimy razem do cerkwi - wyjaśnia rozmówczyni.

 

Starowierka urodzona w 1921 roku w Wojnowie posługuje się modlitewnikiem „Modlitwy na każdy dzień”, w którym cały środek został wyrwany w 1945 roku przez żołnierzy, ponieważ uznali, że ten papier jest idealny do robienia skrętów. Starowierka uzupełniła brakujące strony kartkami z prawosławnego modlitewnika. Fragmenty tekstu, które są inne, zostały przekreślone i uzupełnione według tradycji staroobrzędowej. Uważa, że różnice w obrzędzie prawosławnym i staroobrzędowym nie są duże. Chodziłaby też chętnie do kościoła katolickiego, ale katolicki sposób żegnania się jej nie odpowiada. Inna informatorka (urodzona w 1948 w Wojnowie, od 1980 w Hamburgu) uważa natomiast, że różnice są ogromne i w cerkwi prawosławnej czuje się obco. Kobieta urodzona w 1956 roku w Wojnowie, od 1976 w Hamburgu, opowiada: Dziadkowie chodzili do ewangelickiego kościoła, mówili Bóg jest jeden.

 

Większość staroobrzędowców średniego pokolenia nie kultywuje tradycji religijnej: Ja nie miałam problemu, tylko raz w roku szłam na Boże Narodzenie do ewangelickiego. Inna informatorka, urodzona w 1955, święta spędza po ewangelicku, ponieważ uważa, że trzeba się przystosować. Taki pogląd ma większość staroobrzędowców ze średniego pokolenia.

 

Najważniejszym momentem w życiu wierzącej rodziny jest chrzest dziecka. Staroobrzędowcy w Hamburgu, nawet ci nie praktykujący, chrzczą dzieci według starej tradycji. W tym celu jeżdżą do Wojnowa, gdzie dzieci chrzci nastawnik Wilhelm Malinka. Chrzciny są wielką uroczystością religijną i rodzinną. W rodzinach mieszanych, a takich jest większość, dzieci są chrzczone w różnych kościołach: Mąż był orthodox[29], jaką tam oni mają kirchę?[30] To mieli w tym kościele Gottesdienst[31]. Tam chrzciliśmy naszą córkę i mieliśmy ślub - opowiada kobieta urodzona w 1956 w Wojnowie. Syn urodzony w Hamburgu, ochrzczony w ewangelickim kościele (kobieta, ur. w 1955 w Wojnowie).

 

Problem przynależności do wspólnoty religijnej pojawia się, gdy umrze członek rodziny. Wtedy trzeba wybrać obrzęd, w jakim zostanie pochowany. Na cmentarzu w Hamburgu leży wielu staroobrzędowców. Na kamiennych nagrobkach są wyryte ośmioramienne krzyże. Widziałam tylko jeden tradycyjny krzyż drewniany, ale mniejszy niż nakazuje obyczaj, ponieważ wysokość krzyża musi mieścić się w określonej przepisami normie. Zmarła została pochowana w 1990 roku, według tradycji rosyjskiej. Ceremonią pogrzebową zajęła się jej córka (urodzona w 1921 roku w Wojnowie). Jednocześnie w dniu pogrzebu w molennie w Wojnowie odbyło się nabożeństwo żałobne prowadzone przez nastawnika. Tak jest przyjęte, że gdy chowa się staroobrzędowca w Hamburgu, w Wojnowie odbywa się żałobne nabożeństwo. Nazywają to pogrzebem bez ciała. Podobne obrzędy miały miejsce w czasie wojny, gdy daleko od domu ginęli żołnierze: W Wojnowie cały pogrzeb, nibi biło[32] ciało, tylko tak modlimy, jak te co na wojnie zginęli. W Niemczech nie jest łatwo o zachowanie wszystkich elementów tradycyjnego obrzędu pogrzebowego. Zmarły musi być odpowiednio ubrany: Jak szwager umarł ubrali go jak należało. Dopóki jest ciepły to będzie cały myty[33] z włosami. Wtedi zakłada się biała koszula. Rozcinamy cały przód. Długa koszula do stóp. Tedi zakładami krzyż na wstążeczce cieniutkiej. Krzyżyk jak się chrzci, to się zakłada na ciało, a jak [człowiek] umrze to na koszula. Skarpetki i na nogi coś lekkiego, papucie. Teraz zakłada się czarny płaszcz, rękaw długi. Może być czarny płaszcz bez rękawów. Tedi na głowę biała cienka chustka i czarna na wierzch, żeby było widać [pasek białej chustki]. Na białym pasku pisze się Światyj Boże, swiatyj krepkij, swiatyj bessmiertnyj pomiłuj nas. Mężczyzna z gołą głową, z brodą. Mężczyzna [ma] koszulę, kalesony i płaszcz. Na to idzie pas. Nie wiem, jakie jest znaczenie pasa, ale bardzo ważne. Składa się ręce. Lewa ręka pierwsza. Na lewą rękę liestowka. Druga ręka zawsze na wierzch, palce [ułożone jak] do żegnania. Grób z białego drzewa, prosty. Tedi troszkę wiórków na dół. Przeszczeradło na wiórki, poduszka z wiórkami. W tyn grób - sawen[34]. Sawen to materiał zszyty tylko na górze. Kładzie się w grób najpierw sawen i wkłada się zmarłego w ten sawen. Tak że zmarły okryty sawen. Na zmarłego położony materiał i na to krzyż. Po mszy przykrywa się zmarłego sawen na zawsze. Grób musi być poświęcony przed złożeniem zmarłego. Ja mam kadzidło, ale nie jestem godna święcenia, nie mam tego sumienia. Tu też nosili ikonę przed zmarłym i śpiewali po rosyjsku jak w domu. Tylko nie ma komu czytać. Najważniejsze fragmenty nabożeństwa są jednocześnie w Wojnowie. Jak mama zmarła, to nie mieli prediger[35]. Same wszystko robili.

 

Zwykle jednak na pogrzebie jest prediger, który wygłasza mowę pożegnalną. Elementy tradycji rosyjskiej muszą zostać dopasowane do wymogów życia w mieście. Obyczaj nakazuje, aby zmarły przez trzy dni i trzy noce leżał w domu. W tym czasie krewni czytają Psałterz. W Hamburgu zmarły przed pogrzebem musi pozostawać w kostnicy i czytanie odbywa się bez niego: Jak chowała męża to był taki prediger. Czytali po nim 3 dni i trzy noce. W Wojnowie był pogrzeb bez ciała. Czytają w domu, zmarły leży wtedy w kostnicy - w lodówce. Przed trumną nieśli ikonę i pożegnali w otwartej trumnie zmarłego. Mój mąż jak zmarł, to czytali. Ja czytałam, mój sąsiad czytał 3 dni i 3 noce. Ciało było w kostnicy. Nie czytaliśmy przy zmarłym, bo nie wolno. Powinien leżeć w domu. Nie można tu dobrze człowieka pochować, bo tu miasto nie wieś. Tu niosą ikonę przed trumną. Trumna jest otwarta w specjalnym pokoju. Można się pożegnać (kobieta urodzona w 1921 r. w Wojnowie, od 1980 w Hamburgu). Staroobrzędowcy dbają, aby zmarły zabrał do grobu najważniejsze przedmioty kultu religijnego: krzyżyk i liestowkę, nawet jeżeli obrzęd nie jest w całości tradycyjny: Jak umarł mąż siostry zrobili po rosyjsku prowady[36], to zrobili skrócony obrzęd pogrzebowy. Ona jemu jeszcze po naszemu krzyż dała. W kapliczce mu dała krzyżyk dla mężczizn. Założyła mu ten krzyżyk i liestowkę. Po rosyjsku nie śpiewali nad grobem, tylko po ewangelicku i po katolicku. Nawet osoby nie praktykujące przechowują w domach krzyżyki, czasem też i liestowki, które mają być złożone z nimi do trumny. Dla wielu ważne jest, aby na pogrzebie była jakaś osoba duchowna, może być pastor ewangelicki, ksiądz katolicki, nawet pop prawosławny. Często dzieje się tak dlatego, że ktoś bliski z rodziny jest innego wyznania, ale i wtedy odbywa się nabożeństwo żałobne w molennie w Wojnowie: Córkę jak chowała, to prawosławny ksiądz. Stefan i Elena, jak chowali ich to po ewangelicku, ale jednocześnie był pogrzeb w Wojnowie. Było tylko w Hamburgu wyprowadzenie ciała i pochowanie, ksiądz ewangelicki. Moja siostra miała Polaka katolika, no to oni chowali po katolicku. Teraz Makarowscy umarli, a ich córka jest za ewangelikiem, to mieli ewangelicki. A tam w Wojnowie pogrzeb robili, a tutaj aby poświęci, opuści, ze Słowem Bożym, nie tak jak psa. W Wojnowie był normalny pogrzeb, ale bez ciała, a tu wyprowadzenie z ciałem. Tu był ksiądz ewangelicki, bo to ludzie wierzące. Jest i niewierzące, to tylko zakopią albo spalą. Musi być jakiś ksiądz, może być katolicki, ewangelicki, prawosławny. Bez księdza to niewierzące (kobieta, ur. w 1921 roku w Wojnowie);

 

Pogrzeb - nie wiem co będzie robione[37]. Ojciec zmarł, to pogrzeb miał katolicki, polski - ojciec się ożenił po raz drugi z Polką. Dziadkowie mieli ewangelicki (kobieta, ur. w 1956 w Wojnowie, od 1976 w Hamburgu).

 

Obrzęd pogrzebowy staroobrzędowców w Hamburgu wygląda różnie w poszczególnych rodzinach, nie ma tu jednego ogólnie przyjętego zwyczaju. Wiele zależy od umiejętności, wiedzy religijnej członków rodziny zmarłego. Jeżeli rodzina nie zna tradycyjnych pieśni pogrzebowych, to śpiewają po niemiecku pieśni ewangelickie lub katolickie. W ceremonii pożegnania zmarłego przeplatają się elementy kilku religii, dodatkowo jeszcze przystosowane do wymogów życia w wielkim mieście. Zwyczajem praktykowanym przez wszystkich staroobrzędowców w Hamburgu jest natomiast odprawianie w dniu pogrzebu mszy żałobnej w molennie w Wojnowie. W ten sposób zachowywana jest ciągłość tradycji. Starsze kobiety uważają, że najlepiej być pochowanym w Wojnowie z zachowaniem całej ceremonii, dlatego niektóre z nich proszą swoje dzieci, aby po śmierci przewieźć je do rodzinnej wsi.

 

Ważne jest odróżnienie emocji - religijnego przeżycia od praktykowania obrzędu. Jedna ze starszych kobiet po przeżyciu tragedii rodzinnej znajduje ukojenie i sens życia w modlitwie. Codziennie otwiera drzwiczki regału, za którymi stoją na półkach staroobrzędowe ikony i krzyże. Modli się z prawosławnej książeczki z poprawionymi fragmentami. Większe święta czci, modląc się ze swoimi współwyznawcami w prywatnym mieszkaniu lub w cerkwi prawosławnej. Nie jest dla niej ważne, że kiedyś dawno w Rosji jej przodkowie ginęli i uciekali za granicę właśnie dlatego, że nie chcieli przekroczyć progu prawosławnej cerkwi. Od zachowania form ważniejsze jest dla niej przeżycie, obcowanie z Bogiem w świątyni razem z innymi chrześcijanami, a nie tylko w samotności w swoim domu. W jej tożsamości ważny jest element religijnego przeżywania, przyswojony w dzieciństwie, a trwały i obecny w ciągu całego życia niezależnie od warunków. Inną postawę prezentuje kobieta urodzona w 1948 roku. Pochodzi z bardzo religijnej rodziny. Modli się wspólnie z rodzicami, powtarzając za nimi starocerkiewno-słowiańskie słowa modlitwy. Nie rozumie ich, nie umie sama tych modlitw przeczytać. Nie potrafi samodzielnie powtórzyć melodii. Uważa jednak, że uczestniczenie w ceremonii modlitwy ma sens, ponieważ daje jej poczucie łączności z przodkami, jest wartością kształtującą jej tożsamość. Nie ma natomiast w jej modleniu przeżycia religijnego, ważne jest powtarzanie rytuału, tak samo jak czynili to jej dziadowie, rodzice.

 

Tożsamość religijna informatorek została ukształtowana w rodzinie i w społeczności wiejskiej staroobrzędowców w Wojnowie. Tam przeżycie współwystępowało z obrzędem, forma była wypełniona emocją. W Hamburgu przetrwało to, co dla nich najważniejsze - dla starszej wiara, dla młodszej obrzęd.

 

Na podstawie wywiadów na temat życia religijnego, najważniejszych jego elementów: obchodzenia świąt, chrztu, pogrzebu można wyciągnąć wniosek. że staroobrzędowcy są bardzo otwarci na przyjmowanie obcych sobie wzorów. Dziedzictwo rosyjskiej tradycji nie zostało przekazane młodszemu i średniemu pokoleniu. Także dlatego, że jeszcze na Mazurach nie było prowadzone nauczanie religii, jak to miało miejsce w dwóch pozostałych ośrodkach w Polsce. (Zielińska 1996, s. 37-39). Wiele osób, także tych starszych, nie zna trudnych i wymagających czasu starych rosyjskich obrzędów. Zapomniane lub nieznane elementy zastępuje się nowymi, czerpiąc z innych kultur. Starowiercy w innych krajach, na przykład w Rosji, na Litwie, Łotwie, Białorusi i w Polsce, stanowią konserwatywne społeczności religijne, strzegą swojego dziedzictwa kulturowego, przekazują je z pokolenia na pokolenie w nienaruszonej formie, me przyjmują żadnych zmian swoich obrzędów, żadnych obcych elementów - co zresztą stanowi cechę religii staroobrzędowców. W Niemczech natomiast zachowują się zupełnie inaczej, nie przywiązują wagi do kontynuowania w niezmienionej postaci nawet tak ważnego obrzędu, jakim jest pogrzeb. Na pewno znaczenie ma mała liczebność tej społeczności, mieszanie rodzin, ale też ogólna sytuacja w Hamburgu - mieście wielokulturowym. Według Lexikon der Hamburger Religionsgemeinschaften w Hamburgu zarejestrowanych jest 110 różnych gmin wyznaniowych (Grünberg, Slabaugh, Meister-Karanikas 1995)[38]. Nasuwa się refleksja, że ranga religii maleje w sytuacji pluralizmu, kulturowego kompromisu i tolerancji.

 

Ważnym elementem kultury staroobrzędowców jest rosyjska gwara. Stosunek poszczególnych członków społeczności do macierzystego języka jest miarą ich przywiązania do swojej kultury. Staroobrzędowcy w Hamburgu w znakomitej większości rodzin rozmawiają po niemiecku. W wyjątkowych sytuacjach, np. gdy współmałżonek jest Polakiem, mówi się też po polsku. Nie będzie gadane u nas po rusku[39] - mówi kobieta urodzona w 1928 w Osiniaku, od 1980 mieszkająca w Hamburgu - i generalnie taka jest prawda.

 

Gwara rosyjska ma bardzo wąski zakres funkcjonowania. Jest używana przez kilka starszych osób w określonych sytuacjach komunikatywnych, np. po wspólnym modleniu się na święta lub w czasie spotkań rodzinnych: Po modlitwie, przy wyjaśnianiu rzeczy religijnych mówi się po rosyjsku. Ale gros rozmowy w języku niemieckim (kobieta, ur. w 1948 r. w Wojnowie); W domu u babci i mamy jeszcze w Wojnowie mówiono po rosyjsku. Mama z siostrami w Hamburgu przechodzi na rosyjski. Przed wspólną modlitwą przechodzą na rosyjski - wyjaśnia inna informatorka średniego pokolenia.

 

Staroobrzędowcy w Hamburgu bardzo rzadko rozmawiają po rosyjsku, a mimo to ten język ma dla nich duże znaczenie emocjonalne. Niektórzy młodzi żałują, że zapomnieli mowę swoich przodków: Po rosyjsku umiałam, ale zapomniałam - starsze ludzie, no jak moje Grosseltern rozmawiali w domu po rusku, ale to było zawsze mischmasch - trzy języki naraz. Chciałam się nauczyć rosyjskiego, ale nie mam czasu, szkoda (kobieta ur. w 1956 r.). Jedna z starszych kobiet wyraża swoje przywiązanie do rodzimej gwary, nazywając ją swoim językiem: Swojego języka nie można zapomnieć, nigdy. Jak z dzieciństwa się nauczysz, to nie zapomnisz. Ja do swego wnuka po rusku mówię i on wszystko rozumie. On wszystko rozumie i modlić się umie. Ale teraz jak on się ożeni, to gdzie tam. Z synami rozmawiam po niemiecku i po polsku, i po rusku. I wnuk, oni wszystkie moje dzieci ruski znają. Od dziada pradziada tylko po rusku, a po niemiecku no tu urodzeni. Z córką tylko po rusku rozmawiałam, żeby moje macierzyńskie słowa do końca słyszała.

 

Gwara rosyjska bywa też używana przez starsze osoby w czasie spotkań rodzinnych. Jedna z rodzin organizuje co dwa lata zjazd rodzinny. W wybranym miejscu zbierają się krewni z całych Niemiec, w sumie około 60 osób. Niektórzy starsi rozmawiają po rosyjsku. Inni nie znają już gwary, ale wplatają rosyjskie wyrazy na zasadzie cytatów, też w celach humorystycznych. Są modlitwy rodzinne, wspomnienia, opowiadania o przeszłości specjalnie dla dzieci. Zjazd trwa trzy dni i po pewnym czasie niemieckie imiona zamieniane są na rosyjskie: Klaus staje się Kolą, Willy Borysem, Ewald Wanią, Nadin Nadią. Kobieta urodzona w 1955 roku, która opowiadała mi o tych zjazdach, słusznie zauważyła, że z jednej strony staroobrzędowcy nie znają swojego obyczaju i nie utrzymują tradycji, ale z drugiej strony kultura rosyjska tkwi w nich bardzo głęboko, dlatego kiedy tylko są w swoim gronie wielu zaczyna ściągać na gwarę.

 

TERYTORIUM

W tożsamości staroobrzędowców bardzo ważna jest świadomość pochodzenia, związek z konkretnym terytorium, ziemią rodzinną. Ich małą ojczyzną są Mazury, a dokładniej tych kilka wiosek, z których przyjechali. W wypowiedziach starszych osób często pojawia się idealizacja prywatnej ojczyzny[40]. Kraj rodzinny, rodzinne strony, piękne jeziora, lasy, wiejska molenna, wszędzie swoi ludzie - taki idylliczny obraz przedstawiają starsi emigranci. Ale Wojnowo to nie tylko „raj utracony”, sentymentalna mityczna ojczyzna. To także miejsce, do którego się wraca i w które się inwestuje (wspiera finansowo). Dla staroobrzędowców w Hamburgu Wojnowo nadal stanowi centrum życia religijnego. Wojnowski nastawnik jest ich nastawnikiem, a wojnowska molenna pozostała ich molenną. Tam jeździ się, aby ochrzcić dzieci, przeżyć święta, spotkać krewnych - rodziców i dziadków, spędzić wakacje z dziećmi, odwiedzić mogiły swoich bliskich. Niektórzy pragną po śmierci wrócić i spocząć na wojnowskim cmentarzu. Wszyscy staroobrzędowcy w Hamburgu lepiej lub gorzej znają język polski. Uważają, że znajomość polskiego jest im potrzebna, ponieważ Wojnowo teraz leży w Polsce i nie chcą w czasie pobytów czuć się obco. Kontakty z rodzinami pozostałymi na Mazurach są tak intensywne, że nie można powiedzieć, iż emigracja przyczyniła się do zerwania więzi rodzinnych. Są jednak w Hamburgu takie rodziny, które wyemigrowały w całości. Osoby, które nie mają krewnych w Polsce tracą kontakt z małą ojczyzną: Córka ma 20 lat, tylko raz była w Polsce, dla niej to jest egzotyczne (kobieta, ur. w 1956 w Wojnowie).

 

Starsze osoby tęsknią za swoimi wioskami: Jestem wioskowy człowiek, nie mnie żyć w wielkim mieście (kobieta, ur. w 1921 roku w Wojnowie).

 

NARÓD I PAŃSTWO

 

Płaszczyzna tożsamości narodowej i państwowej kształtowana jest przez rodzinę, społeczność, wreszcie instytucje państwowe, z których najważniejszą jest szkoła. Dlatego są znaczące różnice w samoidentyfikacji narodowej staroobrzędowców urodzonych przed wojną i tych, którzy przyszli na świat po wojnie.

 

Osoby starszego pokolenia są Niemcami, łączy ich więź zarówno z narodem, jak i z państwem niemieckim. Państwo niemieckie w okresie międzywojennym było dla nich atrakcyjne. Podkreślają wartości przypisywane niemieckiej kulturze, takie jak porządek, pracowitość. Jedna z kobiet opowiada, że państwo pomagało rodzinom uboższym i wielodzietnym, na przykład jej rodzice dostali domek jako kinderreiche Familie[41]. Było dużo możliwości zarobkowania, m.in. dzięki wyjazdom do innych landów. Jej rodzice jeździli do Saksonii, gdzie pracowali jako robotnicy sezonowi przy uprawie buraków. Już wtedy niektórzy tam zostawali, zawierali związki małżeńskie z Niemcami i nie wracali do rodzinnej wsi: Siostra z młodych lat pojechała do kuzynki naszej i tam się ożeniła. Przed wojną było pół rodziny w Niemczech. Oni tu do roboty przyjeżdżali na majątki. Dobrze zarabiali. Niektóre tu się pożenili i zostali. Chłopcy, tak jak inni mieszkańcy Prus Wschodnich byli w Hitlerjugend. Organizacje młodzieżowe i szkoła, do której w latach trzydziestych uczęszczali moi rozmówcy, odegrały znaczącą rolę w kształtowaniu niemieckiej tożsamości. Wszyscy starsi prezentują pełen podziwu i miłości emocjonalny stosunek do kultury i języka niemieckiego. Mają na to wpływ także przeżycia wojenne i fakt, że niektórzy mężczyźni z ich rodzin oddali swoje życie za Niemcy: Dwóch braci na wojnie zginęło, jestem Niemką - mówi jedna z kobiet. Język niemiecki uznają za swój rodzinny, związany z państwem, w którym się urodzili: Mówiliśmy po niemiecku, bo tu urodzeni - tu to znaczy w Niemczech. Najbliższy mój język to niemiecki, w tym języku uczyłam się w szkole i przeżyłam dzieciństwo. Podobne deklaracje składają staroobrzędowcy pozostali na Mazurach (Zielińska, 1996 s. 50-54). Związki z niemiecką tradycją starszego pokolenia są naturalne i spontaniczne, wynikają z pamięci lat dzieciństwa i świadomości urodzenia w państwie niemieckim: Urodziłam się w Niemczech i jestem Niemką. Podziw i szacunek dla niemieckiej kultury ma również przyczyny ekonomiczne, zwłaszcza w porównaniu z warunkami w Polsce. Państwo niemieckie okazało im, jako imigrantom z niemieckim pochodzeniem, dużą pomoc materialną. W tej chwili staroobrzędowcy w Hamburgu żyją w znacznie lepszych warunkach materialnych niż ich krewni, którzy pozostali w Polsce: Co ja bym tam miała? Nic bym nie miała i moje dzieci by zgniły. Kto tu przyjechał, to ma wszystko, dom i samochód. Cały świat się zniemczył i z Niemców się wzbogacił, nic nie mieli, a teraz raz, raz i samochody mają. Nigdy bym nie wróciła do Polski, tylko po śmierci na nasz cmentarz - takie opinie wygłaszają starsze osoby.

 

Inne przekonania prezentuje pokolenie średnie urodzone po wojnie, wychowane i wykształcone w polskim państwie. Są tacy, którzy zawarli związki małżeńskie z imigrantami z Polski, pochodzącymi z innych ziem związanych kulturowo z Niemcami, np. ze Śląska, z Gdańska. Jedna z kobiet (urodzona w 1948 w Wojnowie) opowiadała, że z mężem Ślązakiem w domu rozmawiają tylko polsku. Kiedyś postanowili, że zaczną mówić po niemiecku, ponieważ obydwoje świetnie ten język znają i używają go wszędzie poza domem: Wytrzymaliśmy tylko dwie godziny. Po dwóch godzinach powiedziałam do męża: jak rozmawiasz po niemiecku, to nie poznaję ciebie. I znowu mówimy po polsku - tak zakończył się ten eksperyment. Z rodzicami natomiast informatorka rozmawia tylko po niemiecku. W dzieciństwie w Wojnowie również rozmawiała z nimi po niemiecku, do momentu pójścia do szkoły. W domu mówiło się też po rosyjsku, ale gwara służyła raczej do kontaktu rodziców z dziadkami. Gdy poszła do szkoły, nie znała ani jednego słowa po polsku, w początkowych klasach miała zatem kłopoty z nauką. Rodzice zaczęli uczyć się polskiego od ludzi. Aby ułatwić jej kształcenie się, postanowili w domu rozmawiać po polsku. Przez cały okres nauki w rodzinie unikało się rozmowy po niemiecku. Informatorka nie chciała używać tego języka, ponieważ uważała się za Polkę: Od pierwszej klasy do osiemnastu lat nie chciałam mówić po niemiecku. Uważałam się za Polkę. Nie miałam problemów z Polakami. Nie wyzywali mnie od Szwabów. Do Niemiec wyemigrowała z powodów ekonomicznych, a także dlatego, że wszyscy wyjeżdżali, nie chciała zostać sama. Okazało się, że nie pamięta dobrze języka niemieckiego i musiała się go uczyć na kursach. W Hamburgu utrzymuje kontakty z innymi imigrantami z Polski. Czuje się związana emocjonalnie z Polską, ponieważ był to kraj jej dzieciństwa. Często wyjeżdża na Mazury, interesuje się życiem w Polsce, wydarzeniami politycznymi, kulturalnymi.

 

Inna kobieta urodziła się w 1964 roku w Gałkowie. Ojciec nie pochodził z Prus Wschodnich i nie znał niemieckiego. W domu mówiono zatem po polsku. Miała 21 lat, gdy przyjechała do Hamburga i nie znała wcale języka niemieckiego. Uczyła się na intensywnych kursach z innymi imigrantami z Polski. Wtedy zawarła wiele przyjaźni, które utrzymuje do dziś. Chociaż teraz włada swobodnie niemieckim, z koleżankami pochodzącymi z Polski rozmawia tylko po polsku i przyznaje, że w tym języku jest jej najłatwiej porozumiewać się. W domu z mężem staroobrzędowcem z Wojnowa rozmawia po niemiecku, a do dzieci zwraca się i po niemiecku, i po polsku. Często jeździ na Mazury, czuje się związana emocjonalnie z Polską, którą nazywa swoją ojczyzną. Jednak, gdy myśli o swoim domu, ma na myśli Hamburg: Jestem Polką, ale mój dom jest tutaj w Hamburgu, kiedy myślę o domu to o tym.

 

Kolejna informatorka urodziła się w 1955 roku, od 1971 mieszka w Hamburgu. Jej mama została w Wojnowie. Wychowywała ją w języku niemieckim. Ojciec pochodził z Suwalszczyzny i mówił rosyjską gwarą. Polskiego nauczyła się w szkole. Do Hamburga przyjechała z biegłą znajomością języka niemieckiego. Dziś mówi po polsku z pewną trudnością, a jej syn, chociaż każde wakacje spędza u babci, polskiego nie zna wcale. Określa się jako Niemka, a swoje przywiązanie do niemieckiej kultury wyraża poprzez mówienie po niemiecku, utrzymywanie kontaktów z Niemcami, także w sferze religijnej zachowuje się jak ewangeliczka. Na święta chodzi do kościoła ewangelickiego, tam też ochrzciła dziecko. Uważa, że jeżeli mieszkasz w Niemczech, to trzeba się przystosować do innych.

 

Większość staroobrzędowców młodego i średniego pokolenia ma niemiecką tożsamość, jest to poparte zachowaniem się rodziców i przeświadczeniem, że trzeba się przystosować. Bardzo ważne jest też to, że czują się oni w Niemczech dobrze, zadowoleni są ze swojej sytuacji społecznej i materialnej. Obserwację tę potwierdza też jedna z kobiet z Wojnowa, która nie jest z rodziny staroobrzędowców: Staroobrzędowcy bardzo szybko zaczęli mówić po niemiecku. Dziewczyny z mojej szkoły. Gdy zrobiłam spotkanie towarzyskie dla dziewczyn z mojej szkoły w Wojnowie, wszystkie mówiły po niemiecku. Ja próbowałam mówić po polsku, ale one nie chciały.

WIEDZA O KORZENIACH

 

Staroobrzędowcy mieszkający w Hamburgu wiedzą, że ich religia i oni sami wywodzą się z Rosji. Noszą przecież rosyjskie nazwiska, chociaż imiona mają niemieckie. Niektóre osoby ze starszego pokolenia interesują się historią staroobrzędowców i mają na ten temat pewną wiedzę, ale pochodzi ona nie z przekazów rodzinnych, lecz z literatury naukowej. Jedna z kobiet średniego pokolenia zbiera artykuły i książki naukowe. Odwiedziła wsie na Suwalszczyźnie i koło Augustowa, aby lepiej poznać kulturę swoich współwyznawców. Jest osobą religijną i praktykującą według starego obrzędu. Poszukiwania wiedzy o swojej kulturze i religii były bardzo ważne dla kształtowania religijnej płaszczyzny jej tożsamości: Chciałam wiedzieć, kim jestem, skąd jest moja rodzina, jaka jest moja religia. Ta wiedza nie wpłynęła jednak na jej tożsamość narodową. Inna kobieta mówi, że rodzina jej ojca wywodzi się z Rosji, dlatego nosi rosyjskie nazwisko, ale ona sama jest Niemką. Wiedza o rosyjskim pochodzeniu nie wpłynęła w żaden sposób na narodowościową płaszczyznę tożsamości staroobrzędowców. Nikt z nich nie powiedział, że jest Rosjaninem, nie czują żadnego związku z Rosją, ani nie utrzymują kontaktów z bardzo licznymi imigrantami z Rosji.

DEKLARACJE

 

Przynależność jednostki do danej społeczności jest kwestią wyboru. Istotne są zatem tylko kryteria subiektywne, identyfikacja jednostek. Deklaracje staroobrzędowców wyrażają ich wielopłaszczyznową tożsamość, np.: Jesteśmy Niemcami ze słowiańską religią - mówi kobieta urodzona w 1955 w Wojnowie i tłumaczy: Moje starsze ciotki święta obchodzą w terminach ewangelickich, ale modlą się w domu po rosyjsku. Rozmawiają ze sobą po niemiecku, ale mają ikony i tradycyjne krzyże; Mamy niemieckie imiona i rosyjskie nazwiska - mówi mężczyzna średniego pokolenia. Jesteśmy Niemcami, ale mówimy po polsku, a modlimy się po rosyjsku - tłumaczy informatorka średniego pokolenia, która w domu rozmawia po polsku. Wybór języka nie jest decydujący dla jej samookreślenia. Te deklaracje tylko z punktu widzenia osoby jednojęzycznej i żyjącej w monolitycznym pod względem narodowym społeczeństwie mogą być uznane za sprzeczne. Dla ludzi pochodzących z pogranicza - z Mazur i mieszkających w zróżnicowanym etnicznie, religijnie i językowo Hamburgu nie ma w nich nic paradoksalnego. Niektórzy młodzi staroobrzędowcy łączą płaszczyzny i opcje narodowościowe tożsamości w jedną całość i określają się jako Europejczycy: Kiedyś byłam Polką, teraz jestem internacjonal. Jestem Europejką. Jesteśmy Europejczykami, trochę Polakami, trochę Niemcami, religia rosyjska, po co to wszystko dzielić. Teraz wszyscy żyjemy w zgodzie, nieważne kto kim jest.

 

Badacz tożsamości musi jednak zdawać sobie sprawę, że autodeklaracje osób żyjących w społecznościach wielokulturowych nie są stałe. Ta sama osoba może składać różne deklaracje w zależności od sytuacji, w jakiej się akurat znajduje. Doświadczyłam tego, przeprowadzając wywiady na temat używania języka w poszczególnych rodzinach. Na przykład kobieta urodzona w 1921 roku, rozmawiając ze mną sam na sam, powiedziała, że w domu z mężem i rodziną syna rozmawia tylko po polsku. Jej dzieci bez świadków twierdziły coś zupełnie odwrotnego, że wszyscy rozmawiają po niemiecku, a czasem dziadkowie mówią rosyjską gwarą. W czasie wspólnego rodzinnego spotkania wszyscy rozmawiali po niemiecku, a dzieci wcale nie rozumiały polskiego. Nie wiem, dlaczego starsza informatorka przekonywała mnie, że mówi tylko po polsku, może kierowała się kurtuazją wobec gościa z Polski? Dlatego badacz sytuacji językowej i kwestii świadomości narodowej oprócz wywiadów i zbierania biografii musi przeprowadzać także obserwacje zachowań. Wtedy istnieje szansa przedstawienia w miarę obiektywnego i zbliżonego do rzeczywistości obrazu.

 

POWRÓT

 

LITERATURA

Bokszański Z.

1989  Tożsamość - Interakcja - Grupa, Łódź.

 

Domagała B.

1996          Mniejszość niemiecka na Warmii i Mazurach. Rodowód kulturowy, organizacja, tożsamość, Olsztyn.

 

Engelking A.

1996  Każda nacja swoju wieru ma. Uwagi wstępne, „Konteksty” Nr 3/4, s. 177-183.

 

Falińska B.

1994  O języku starowierców z Ukty na Mazurach, [w:] Skupiska Staroobrzędowców w Europie, Azji i Ameryce. Ich miejsce i tradycje we współczesnym świecie. Warszawa, s. 323-331.

 

Grek-Pabisowa I.

1968  Rosyjska gwara starowierców w województwach olsztyńskim i białostockim, Wrocław – Warszawa – Kraków.

 

Grek-Pabisowa I., Maryniakowa I.

1980  Słownik gwary starowierców mieszkających w Polsce, Wrocław – Warszawa – Kraków.   

 

Grunberg W., Slabaugh D.L., Meister-Karanikas R.

1995  Lexikon der Hamburger Religionsmeinschaften. Religionsvielfalt in der Stadt von A bis Z., Hamburg.

 

Handke K.

1992  Świadomość i kompetencje językowe jednostki na pograniczu kultur, [w:] Wilno - Wileńszczyzna jako krajobraz i środowisko wielu kultur, Białystok, s. 193-230.

 

Iwaniec E.

1977  Z dziejów staroobrzędowców na ziemiach polskich XVII-XX w., Warszawa.

 

Jakubowski W.

1961  Z historii kolonij staroobrzędowców na Mazurach, „Slavia Orientalis”, t. X, nr 1, s.82-103.

 

Kabzińska I.

1998  Świat doświadczony i przeżywany oraz problem autoidentyfikacji. Analiza wspomnień i relacji autobiograficznych mieszkańców Nalibok (Białoruś), „Studia Polonijne”, t. 19, Lublin, s. 53-88.

 

Kłoskowska A.

1996  Kultury narodowe u korzeni. Warszawa.

 

Kurcz Z.

1994  Mniejszość niemiecka w Polsce, Wrocław.

 

Ossowski S.

1967          Ziemia i naród, [w:] Dzieła, t. 3: Z zagadnień psychologii społecznej. Warszawa.

 

Sakson A.

1990  Mazurzy – społeczność pogranicza, Poznań.

 

Zielińska A.

1996 Wielojęzyczność staroobrzędowców mieszkających w Polsce, Warszawa.

 

POWRÓT

 

Źródło: A. Zielińska, Staroobrzędowcy w Hamburgu. Studium złożonej tożsamości, „Etnografia Polska”, t. XLIII: 1999, z. 1-2 (ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie)



[1] Sytuacji socjolingwistycznej staroobrzędowców mieszkających w Polsce oraz opisowi ich polszczyzny poświęciłam książkę (Zielińska 1996).

[2] Rosyjska gwara staroobrzędowców została opisana w wielu pracach autorstwa I. Grek-Pabisowej oraz I. Maryniakowej. Najważniejsze to: monografia gwary (Grek-Pabisowa 1968) oraz słownik (Grek-Pabisowa, Maryniakowa 1980).

[3]  Organizację społeczności staroobrzędowców w Polsce omawiam w książce (Zielińska 1996, s. 34-39).

[4]  Patrz: Kłoskowska 1996; Kurcz 1994; Domagała 1996; Kabzińska 1998; Handke 1992.

[5]  Badania w Hamburgu były możliwe dzięki stypendium DAAD. Przeprowadziłam je w czerwcu 1998 r.

[6]  Podobne trudności miałam już wcześniej w Polsce, gdy zbierałam materiały w społeczności staroobrzędowców mazurskich.

[7]Pamięć o wojnie to więź łącząca wszystkich urodzonych w Prusach Wschodnich w jedną społeczność pokrzywdzonych przez wojnę, w której ulegają zatarciu różnice między Mazurami i nie Mazurami” (Domagała 1996, s. 59).

[8]  Przeżycia odnoszą się do wydarzeń, a doświadczenia do reakcji na wydarzenia (Kłoskowska 1996, s. 139).

[9]  Więcej na ten temat piszę w książce (Zielińska 1996); por. też artykuł Falińskiej (1994).

[10] Mieszanie spółgłosek ś i sz jest cechą polszczyzny staroobrzędowców mieszkających w ośrodku mazurskim (Zielińska 1996, s. 74).

[11] Młode pokolenie Mazurów zostało niemal w całości pozyskane przez ruch narodowosocjalistyczny (Domagała 1996, s. 63).

[12] Relacje o traktowaniu Mazurów przez Armię Czerwoną zamieszcza B. Domagała (1996, s. 65).

[13] Szkoła powszechna.

[14] Szkoła zawodowa

[15] Między Gorki i Sawarem (Sawarą?).

[16] Prawidłowo.

[17] Płynnie.

[18] W każdym przypadku.

[19] W znaczeniu ‘mówiło się’. Zastępowanie konstrukcji ze stroną zwrotną konstrukcjami w stronie biernej jest charakterystyczne dla polszczyzny staroobrzędowców mazurskich (Zielińska 1996, s. 116).

[20] Uciekać.

[21] Tak nazwał Mazurów A. Sakson (1990).

[22] Poduszeczki służące do podkładania pod głowę w czasie bicia pokłonów.

[23] Przedmiot kultu religijnego służący do odliczania modlitw, odpowiednik różańca.

[24] Więc.

[25] Wielkanoc.

[26] Wolne.

[27] Religii.

[28] Babcia.

[29] Prawosławny.

[30] Kościół.

[31] Nabożeństwo.

[32] Mieszanie samogłosek i, y jest cechą polszczyzny mazurskich staroobrzędowców (Zielińska 1996, s. 115).

[33] W znaczeniu ‘myje się’; por. przyp. 19.

[34] Całun, koszula śmiertelna.

[35] Świecki pracownik firm pogrzebowych, który wygłasza mowę pożegnalną nad grobem zmarłego.

[36] Pogrzeb.

[37] W znaczeniu ‘co się robi’.

[38] Nie ma wśród nich staroobrzędowców, którzy nie tworzą formalnej gminy wyznaniowej.

[39] Nie rozmawia się.

[40] „Ojczyzna prywatna” -pojęcie wprowadzone przez S. Ossowskiego (1967, s. 227).

[41] Rodzina wielodzietna.